wtorek, 4 czerwca 2013

Dekompresja

Zaczyna się czerwiec, wreszcie zrobiło się odrobinę cieplej. Na zachodzie bez zmian, powiedziałabym. Hiszpania boryka się ze swoimi ogromnymi problemami i każdy z osobna, ze swoimi małymi lub większymi. Wizyta w Polsce, jak zawsze, pozwala mi spojrzeć na moją rzeczywistość z innej perspektywy. Na kraj, w którym mieszkam obecnie, na ludzi, z którymi mam do czynienia i na samą siebie. 
I co? I nie chce mi się publicznie wyciągać żadnych wniosków, bo są przygnębiające. Zaczyna się czerwiec, czas czerpać energię ze słońca i uciec do swoich małych światów. I zrealizować coś, co się obiecało samej sobie. 


Dekompresja

-Co robimy?- pada nieśmiertelne pytanie.
- Idziemy do Deko. Jest koncert.
-Do Deko czy pod Deko?
Umawiają się jak zwykle pod sklepem o wdzięcznej nazwie ze świata fauny i flory. Jest środek zimy, wieczór, na zewnątrz – 10˚C. Dużo śniegu, skrzypi pod nogami odzianymi w glany. Glany mają wszyscy oprócz niej. Woli kozaki na obcasie, choć wie, że za chwilę nogi zaczną kostnieć, przymarzać niemalże do powierzchni chodnika. Najważniejsze to trzymać klasę. Taka jest jej dewiza, zawsze się tego trzyma. Wybór wiktu wieczornego nie okazuje się trudny. Prażynki, Keleris i V.I.P. Piwo marki piwo, nazwa wprost nieproporcjonalna do gatunku. Za gorzkie, nawet jak na piwo, za mocne, o wyraźnym posmaku spirytusu, a jednak ma swoją zaletę, oprócz tego, że tanie, smakuje koncertami. Właśnie przed koncertami pili to piwo. Przed albo „pod” koncertami. Nie zawsze dało się wejść do klubu i posłuchać muzyki. Nie było pieniędzy. A „pod” koncertem było niejednokrotnie ciekawiej niż na koncercie. Ludzie uciekający przed upierdliwą strażą miejską lub policją, która doskonale wiedziała, iż każdy kto wystaje w tym miejscu, coś spożywa. Ludzie stali sobie kulturalnie, pili, gadali, policja nie dawała spokoju. Zamiast zająć się poważnymi przestępstwami, postanowiła uprzykrzyć życie licealistom i studentom. Policja podjeżdżała pod samo miejsce koncertu, nie chciało im się wyjść z samochodu i pójść pod sklep albo za sklep, choć zdarzało się, że i stamtąd przeganiała rozkoszujących się weekendem ludzi. Tego styczniowego wieczoru nawet policji nic się nie chciało.
-Chyba nie będziemy stali pod „Stonogą”? Jest zimno jak cholera. Chociaż może wypijemy jedno piwko i wejdziemy do środka.
-Racja, zimno. Zobaczymy.
Zaczęło się od Kelerisa, choć mróz, wszystkim było coraz cieplej. Z dwóch osób, zrobiła się całkiem spora grupka. Sami mężczyźni i ona. Najlepsze towarzystwo. Zawsze znalazł się jakiś adorator, ktoś, kto powiedział, coś miłego. Tego wieczoru swoją rozmowę skoncentrowała na oziębłości jednego ze swoich "kochanków". Zaraz znalazł się „pocieszyciel.” Okazało się nawet, iż pocieszyciel jest studentem psychologii. Zaczął wszystko logicznie argumentować, wyjaśniać, tłumaczyć.
-Ten facet jest nienormalny, do tego ma poważny problem, jak może nie podobać mu się kobieta taka jak ty?
Słuchała tych bzdur, z nieukrywaną przyjemnością. W tym momencie nie wiedziała jeszcze, że ów nienormalny facet okazał się całkiem normalny. Znalazł sobie inną kobietę, więc o starą przestał dbać i typowo bał się powiedzieć prawdy, zmanipulował w ten sposób sytuację, żeby ona poczuła się jeszcze winna oraz nieatrakcyjna. Dzięki takim osobom jak psycholog i wielu innym, szybko wróciła do równowagi. Mróz był coraz większy, ale nikt już nawet nie zwracał na to uwagi. Rozmowy toczyły się swobodnie, wino piło się podając butelkę z ręki do ręki, niczym w hipisowskiej komunie.
Wino za 5zł o mocnym smaku wiśniowym. Mocnym smaku, wyraźnym wiśniowym zapachu. Aromat, który dodają do tego trunku, niczym nie różni się od tego, który dodaje się do odświeżaczy powietrza, kibli, płynu do podłogi…


Niejednokrotnie impreza spod sklepu przenosiła się na „barierki”. Pomiędzy spożywczakiem, a klubem znajdowały się tory tramwajowe. Żeby nie iść na około, trzeba było przeskoczyć przez barierki, za to też policja karała, ale rzadko udawało im się kogoś złapać. Ten, kto przeskakuje barierki, może też szybko biegać. Swoją drogą jak dziwne jest zachowanie policji, która uwielbia zwracać uwagę na pierdoły, ukarać mandatem za przechodzenie w niedozwolonym miejscu, a gdy dzieje się coś naprawdę niebezpiecznego, sama się boi i przestaje być taka harda.  Barierki służyły za stół. Stawiało się na nich piwo, opierało się na nich znużone całym tygodniem cielsko. Niejedni, bardziej zmęczeni, rzygali przez barierki. Było to dość niebezpieczne. Zawsze mógł podjechać tramwaj, zakończyć imprezę na zawsze....

c.d.n. 
albo nie nastąpi :-)

środa, 15 maja 2013

Hiszpania do zwiedzania

Tęsknię za swoim blogiem, ale nie mam ostatnio chęci na pisanie, jeśli ktoś to czyta, to odniesie słuszne wrażenie, że tak mogła powiedzieć tylko kobieta. 

W maju postanowiłam zrobić sobie przerwę. Więcej mnie nie ma niż jestem w domu. W tym miesiącu częściej pakuję walizki niż siedzę przed komputerem i poświęcam sporo czasu na sport. Sport i gotowanie... Oglądam też hiszpańską wersję MasterChefa, którą jestem zachwycona. Nie tyle programem, co kuchnią. Uwielbiam sztukę kulinarną, zamarzył mi się nawet kurs w jednej z profesjonalnych szkół gotowania w Madrycie.Sama się sobie dziwię, bo kuchni nie opuszczam od niedzieli do piątku, ale nauczyć się nowych rzeczy od najlepszych specjalistów w tej dziedzinie, ach tak! Przydałoby mi się podszkolić, zwłaszcza jeśli chodzi o ryby. Apropos ryb, na początku miesiąca byliśmy w Asturii. Zjadłam chyba najlepszą rybę w swoim życiu. Salmonete- po polsku- barwena. Ryba po prostu usmażona na grillu, w całości, z dodatkiem odrobiny soli. Boski smak. Cena w restauarcji mniej boska. 

I Asturia. Zakochałam się w tym regionie. Zielono, góry, łąki, ocean. Hiszpania do podróżowania jest cudowna, piękne miejsca, mili ludzie, wspaniałe jedzenie. Zawsze wracam z  takiej wycieczki szczęśliwa, że jednak tu mieszkam i mogę to wszystko zobaczyć, poznać, poczuć, szczęśliwa, dopóki nie włączę telewizora i nie poslucham wiadomości. Dopóki nie pójdę do baru i nie wsłucham się w dialogi. Hiszpania do podróżowania jest cudowna. 


Llanes- Asturias


Picos de Europa


Potes


Playa de Vega 




niedziela, 28 kwietnia 2013

loteria


Od dwóch lat słyszę, że hiszpański rząd wie, co robi i ma plan jak wyjść z kryzysu. Dziś też to słyszałam. Myślę, że nie tylko jest źle, ale dużo gorzej niż w 2011. Przynajmniej pod względem bezrobocia.  Kolejny rekord wyniósł 27 %, zbliżamy się do 30%. Czysta statystka, dla wielu - realia.
Nadzieję się ma, ale coraz mniejszą, coraz mniej  też chce się cokolwiek robić, bo łatwiej jest wygrać na loterii niż znaleźć pracę, jutro idę kupić losy.

6 milionów zarejstrowanych bezrobotnych 

wtorek, 23 kwietnia 2013

Dzień Książki


23 kwietnia czyli Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. W Hiszpanii obdarowuje się w tym dniu kobiety- różą. Szczegółowo opisałam tę tradycję w zeszłym roku. I odsyłam wszystkich zainteresowanych na starego bloga-  http://annakoronowskakorona.bloog.pl/id,331043254,title,o-ksiazkach-i-rozach,index.html .

Zdarza mi się przeglądać różne blogi poświęcone literaturze, recenzujące książki i zastanawiam się jak się niektórym udaje czytać 8 książek miesięcznie. Może na studiach, to i owszem, to i nawet więcej się czytało, ale teraz? Jeśli ktoś nie zajmuje się profesjonalnie literaturą, jak znajduje na to czas? Samej mi czasu nie brakuje, ale nie czytam tak dużo, bo mam jeszcze inne rzeczy, które mnie pasjonują.  I inne, które w ogóle mnie nie pasjonują, ale muszą zostać zrobione.

Okazuje się, że książki, które są recenzowane niejednokrotnie nie nazwałabym nawet literaturą. Jakieś romansidła, książki niczym filmy z Bollywood. Oczywiście są blogi na dobrym poziomie, gdzie recenzuje się ambitne pozycje, ale stanowią one mniejszość.  Jednakże zawsze uważałam, że lepiej czytać szmirę niż nic. A zatem, czytajmy, czytajmy cokolwiek, ale czytajmy! 

Jeśli miałabym komuś odradzić jakąś lekturą, którą czytałam ostatnio, to reportaże Góreckiego „Planeta Kakukaz”, niby ciekawe rzeczy opisuje, ale w sposób, który jest bardzo ciężkostrawny. Z książki nie zapamiętałam nic. Jedynie to, że Kozacy piją trzy strzemienne.

Jeżeli miałabym coś polecić, to na pewno czeską autorkę Petrę Hůlovą. Zarówno „Czas czerwonych gór” jak i najnowsza „Stacja Tajga”. Opisuje losy skrajnie różnych ludzi, zawsze jej książki pozostawiają we mnie konkluzję- jakiekolwiek miałbyś życie, to twoje życie, właśnie dlatego jest niepowtarzalne, bo jest twoje. Brzmi to jak cytat z Cohelo, ale nie. Hůlova jest na zupełnie innym poziomie.

Poza tym jeśli ktoś chce powspominać czasy nastolatków tzw. wczesną młodość, na pewno spodoba mu się Mircea Cărtărescu  i jego „Travesti”. Bardzo erotyczna książka, choć praktycznie nie pada tam słowo seks czy nazwy poniektórych części ciała. Książka nie tyle ciekawa, co „klimatyczna”.

Dla tych , co lubią pośmiać się z samych siebie  – Sylwia Chutnik „Kieszonkowy atlas kobiet”.  Każdy znajdzie tam kawałek polskiej rzeczywistości, podany przez autorkę na eleganckim talerzu, bo największym atutem tej książki jest soczysty, dosadny język. Język świadczący o doskonałym zmyśle obserwacji i bardzo dobrym słuchu.

I na koniec Michel Faber „Szkarłatny płatek i biały”. Tym razem pisarz porywa nas w podróż po XIX w. Londynie. Prowadzi obskurnymi ulicami, pełnymi żebraków, dziwek i łajna. Gdy już zmęczy nas ta wycieczka, znajdujemy się w wytwornych pałacach, na bankietach, przy stole najbogatszych ludzi. Przez cały czas towarzyszy nam zmysłowa prostytutka i jej kochanek- jeden z najbardziej wpływowych ludzi w mieście. Na pewno nikt nie będzie się z nimi nudził. Od książki nie można się oderwać, więc jeśli ktoś ma coś do zrobienia, niech nie zaczyna. Książka jest jak narkotyk.

Życzę wszystkim samych narkotycznych lektur! 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

wesele w Hiszpanii


W sobotę byłam na ślubie. Ślub cywilny. Dziwny ślub, bo panna młoda postanowiła nie robić wesela, gdyż nie stać ją na celebrację marzeń, tzn. karoce i chóry. Pan młody natomiast chętnie zrobiłby wesele, choćby skromne.  Po odczytaniu formułki, goście jednak nie rozeszli się do domu, a poszli do baru, lepsze wino niż nic.

Jak łatwo i szybko można wstąpić w związek małżeński, a jak trudno potem żyć ze sobą-pomyślałam. Pomyślałam też , że często im huczniejsze wesele, tym szybszy rozwód. Także może skromny ślub przyniesie im szczęście.

Jak wyglądają tradycyjne  uroczystości weselne w Hiszpanii?

Przede wszystkim wydają się skromniejsze niż w Polsce. Goście zaczynają od lampki szampana, wina i skromnego poczęstunku. Potem kolacja. Często podaje się owoce morza, co kilku moich znajomych Hiszpanów skrytykowało, bo np. nie wszyscy lubią homary. Drugie danie, to najczęściej coś mięsnego. Deser, kawa i koniec jedzenia. Nie ma siedzenia przy stołach, ani „idziemy na jednego”. Po posiłku pije się to, co zawsze czyli drinki. Co, kto lubi. A czy są one wliczone w cenę wesela, zależy już od organizatorów.  Czasem bar jest „libre” tzn. że za wszystko jest zapłacone, a czasem za drinki trzeba płacić. Albo płaci się od któregoś wzwyż.



Poza tym tańce, innych zabaw, takich jak przykładowo- „oczepiny” - nie ma. Jedyną tradycją, jaką zauważyłam jest zdjęcie panu młodemu majtek i pocięcie ich na drobne strzępy. To samo robi się z podwiązką panny młodej. Hiszpańskie wesele w porównaniu z polskim, może wydać się skromne. Stoły nie uginają się pod jedzeniem, ludzie nie śpią pod nimi, ani na nich. Żeby się tak upić jak na polskim weselu, trzeba by się bardzo postarać. Co nie znaczy, że ludzie bawią się źle. Smutno nie jest, na pewno nie. I nie wyrzuca się jedzenia. Co ciekawe, nie ma zwyczaju zapraszania kogoś na ślub, na sam ślub, a na wesele nie. Chyba, że ktoś wesela nie robi, tak jak miało to miejsce w sobotę. Jeśli ktoś cię zaprasza, to na wszystko. Na całą imprezę. Prezentów się nie daje, państwo młodzi czekają na podarunki w postaci kopert. Od przyjaciół można się spodziewać od 200euro od osoby, zatem jak przychodzi się w parze, trzeba ze 400 euro naszykować.  Ile daje rodzina, nie mam pojęcia.

Nie ma „obowiązku” przychodzenia z kimś na wesele. Nikt też na siłę nie szuka przed zaślubinami partnera do imprezy.  I nikt z tego powodu, że przyszedł sam, nie poczuje się odrzucony, ani smutny. Tak jak nieraz podkreślałam, Hiszpanie są mistrzami fiest i nikomu nie pozwolą, żeby czuł się samotny i smutny,  zresztą kolejne kieliszki wina zrobią swoje…

W Hiszpanii "lepsze" od wesel są wieczory panieńskie i kawalerskie, które bardzo hucznie się obchodzi, ale o tym napiszę innym razem.


W czerwcu czeka mnie wesele Hiszpana z Włoszką, na które jedziemy do Toskanii. Lecimy całą paczką i nie możemy się już doczekać, aby tym razem poznać tajniki włoskich wesel.  

czwartek, 18 kwietnia 2013

lato w kwietniu i rowerowe przyjemności


W tym tygodniu przyszło do Hiszpanii małe lato, zrobiło się nienormalnie gorąco, jak na kwiecień. Już jutro wszystko ma wrócić do normy, jednakże przyjemnie było poczuć na twarzy ciepłe powietrze i poopalać się przez chwilę.

Wzięłam swój rower na dłuższy spacer, nie taki jak zimą, z przymusu, ale z przyjemnością. Odwiedziłam swoje stare ścieżki, których tak bardzo mi brakowało.  Drogi koło rzeki, rozstaje dróg z krzyżem, pola ze zbożem. Moje miejsca, gdzie czuję się u siebie. Ci, którzy jeżdżą rowerem ,wiedzą jaka to mała-duża przyjemność, wziąć go ze sobą na przejażdżkę, a właściwie pozwolić by on cię zabrał. Może gdybym mieszkała w większym mieście lub była wśród starych przyjaciół, nie przywiązywałabym do tych wycieczek tak dużej uwagi.

W Aranjuez,50-tys. miasteczku nie ma za wiele rzeczy do roboty. Zimą można tu zdechnąć z nudów. Najlepsze, co tu mamy, to piękne ogrody, które niestety bardzo rzadko odwiedzam, bo nie można tam wjeżdżać rowerem, mamy też- pola oraz łąki. Zaledwie 5 minut od domu  znajduje się stadnina koni, a potem już pola, wiejskie drogi, wzgórza.  Nie uświadczysz tu kina, teatru, centrum handlowego, tego wszystkiego, do czego byłam przyzwyczajona od dziecka, mieszkając w dużym mieście. Nie mam też zbyt wielu znajomych, żeby wyjść na kawę czy pójść na spacer. Większość czasu spędzam sama ze sobą i na całe szczęście znów mogę jechać nad rzekę, posiedzieć na łące, pogonić dzikie króliki, posłuchać ptaków, które śpiewają teraz jak opętane.

Wiosna, wreszcie wiosna, ten krótki czas, gdy już mniej leje, a jeszcze nie grzeje. Łąki są krwisto zielone, a nie pożółkłe i wyschnięte na wiór. Można usłyszeć świerszcze, bo cykady wciąż czekają na upalne dni. Można dokonać ciekawych odkryć przyrodniczych, wczoraj widziałam pierwszy raz w życiu, dzikiego storczyka-  coś przepięknego.  Znaleźliśmy też z Enrique maleńkiego żółwia. Chyba ktoś na niego wdepnął lub przejechał po nim rowerem, żółw był w kiepskim stanie. Postanowiliśmy wziąć go do domu, został umyty, umieszczony w naczyniu z wodą i wysepką zrobioną z talerzyka, niestety nie przeżył nocy, dziś pochowałam go w donicy na patio. Szkoda, bo zdążyliśmy go polubić.

Zastanawiałam się, co ciekawego dzieje się w Hiszpanii, żeby to skomentować, ale niczego nie chce mi się komentować. Właśnie oprócz spraw wiosenno- przyrodniczych, które bardziej mnie w tej chwili interesują niż np. proces sądowy słynnej piosenkarki oskarżonej o pranie brudnych pieniędzy. Nie chce mi się też pisać o sprawach starych pod tytułem bezrobocie czy kryzys. Dlatego, jeśli ktoś czyta tego bloga, to musi zrozumieć, że piszę rzadko, bo nie lubię się powtarzać oraz mówić wtedy, gdy nie mam niczego do powiedzenia. Wolę spędzać te krótkie miesiące wiosenne-inaczej niż, wpatrując się w ekran komputera.

środa, 17 kwietnia 2013

krem z soczewicy

Zrobiło się ciepło, zatem to ostatni dzwonek na tego typu potrawy. W roli głównej soczewica, z dodatkiem innych warzyw i zmiksowana na gęsty krem. 

Składniki: ( na 4 porcje)
-szklanka soczewicy
-2 ząbki czosnku
-1 cebula
-1 papryka czerwona
-puszka pomidorów
-2 marchewki
- ok. 4 cm. korzeń imbiru
-kostka rosołowa



Czosnek, cebulę kroimy, podsmażamy. Paprykę, marchewkę szatkujemy, dodajemy do cebuli, kroimy imbir, również wrzucamy do całości. Smażymy ok. 20 minut. Do garnka dodajemy wszystkie składniki i soczewicę, zalewamy ok 1 l. bulionu, gotujemy aż soczewica zmięknie. Całość miksujemy, doprawiamy pieprzem,solą, ostrą papryką. Smacznego!