czwartek, 2 listopada 2017

gotycki cmentarz w Comillas

Deszcz, jesienna słota, zbutwiałe liście- nie brzmi zachęcająco... Ale jeśli ktoś lubi zwiedzać cmentarze, to listopad jest chyba najlepszą na to porą. Blask świec, posągi, ciemność- przypominają nam, że nic nie trwa wiecznie. 

Jednym z najciekawszych cmentarzy, jakie widziałam, jest cmentarz w miejscowości Comillas ( w regionie Cantabria), na północy Hiszpanii. 
Położony na samym wzgórzu, widać go z każdego punktu miasta, a z samego cmentarza rozpościera się piękny widok na morze. 



Został zaprojektowany i zbudowany w 1893 roku, na ruinach XV w. kościoła, przez modernistycznego architekta Lluisa Domenecha i Montanera. Można powiedzieć, że jest w stylu gotyckim, na który wtedy panowała moda. Punktem charakterystycznym cmentarza jest ogromny pomnik Anioła Zagłady. Monument robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza jak przyjdzie się to miejsce oglądać w nocy. Klimat, który panuje w tej nekropolii jest naprawdę niesamowity, rodem z powieści gotyckich. Niejeden reżyser horroru nie powstydziłby się nakręcenia tu filmu. Zatem, jeśli przypadkiem będziecie na północy Hiszpanii, najlepiej w ciemny, listopadowy wieczór- warto się tu wybrać. 


 wzgórze i wejście na cmentarz,już z daleka widać pomnik Anioła Zagłady


Anioł Zagłady spoglądający na wszystko z góry


 grób z widokiem na morze...






czwartek, 26 października 2017

"A w knajpach zaczyna się picie" - kilka słów o tęsknocie

"Jesienią zawsze zaczyna się szkoła
A w knajpach zaczyna się picie
Jest tłoczno i duszno, olewa nas kelner
I tak skończymy o świcie" 

Pamiętam, jak co roku jesienią,w polskim radiu, grali często piosenkę T-Love- Warszawa. Wywoływało to we mnie jakąś dziwną tęsknotę. Pamiętam, dawno temu, moją drogę do znienawidzonego liceum i chęć, żeby najlepiej zamknąć się w tej knajpie, wśród zapachu skwaśniałego piwska, i wtedy jeszcze- papierosów. 
Gdy niedawno przeczytałam wywiad z Muńkiem Staszczykiem i dowiedziałam się, że pisał ten tekst w Londynie, na emigracji, jeszcze bardziej go polubiłam. W tym utworze jest esencja nostalgii za swoim miastem. Za starymi kątami. Za ławką, na której się umawiałeś w każdą środę, z najlepszym kumplem. Za smakiem piwa,  z zieloną etykietą. Za ulubionym lumpeksem. Zapachem miasta, jego przestrzenią. Energią, jaką ci daje. 

I wędrując po nim, w tej wyimaginowanej czasoprzestrzeni, myślisz, co byś zrobił, gdybyś tam teraz był. Tęsknisz nawet za parkiem, za deszczem. Za tym aromatem zgnilizny i stęchlizny. Za liśćmi przyklejającymi się do podeszwy butów. Za ponurymi spojrzeniami ludzi, towarzyszy niedoli, w te ponure dni. Za szukającymi usprawiedliwienia, w beznadziejnej pogodzie, słowami: No to co? Idziemy się napić? lub jeszcze bardziej uzasadnionym: W taką pogodę, to nic tylko iść do baru! 

Jesienią, pod koniec października, dni są coraz krótsze, a wszystkie tęsknoty coraz dłuższe, coraz bardziej lepkie, o zapachu deszczu i podstawki pod kufel z piwem. 



Tekst dedykowany kochanej Łodzi, pieprzonej Łodzi. 

wtorek, 26 września 2017

miłość

Maj.Telefon. Od osoby, od której nigdy bym się go nie spodziewała, bo na co dzień nie rozmawiamy ze sobą.
-Coś się stało w miejscu, gdzie pracuje Enrique, znowu pożar. Wszystko z nim w porządku?
Zmroziło mnie, kolejny pożar wydaje mi się surrealistyczny.
-Na pewno nic poważnego, może to nie jego firma, nie ma się, co z góry martwić. Zaraz do niego zadzwonię, bądź spokojna.
Wiem jednak, że jeśli coś się tam paliło, to u nich. Dzwonię. Nie odbiera. Dzwonię drugi i trzeci raz. Cisza. Dzwonię na komórkę służbową. Odbiera kolega. Źle. Na chwilę tracę zimną krew i nie wiem co mówię, ktoś po drugiej stronie pyta się czy go słyszę, ja słysząc go, mówię że nie. I tak trzy razy. W końcu biorę się w garść.
-Co się znowu dzieje? Był u was pożar, gdzie jest Enrique?
-Tak, był wybuch, ale nikomu nic się nie stało, E. ma trochę poparzone plecy,czeka na karetkę. Poinformuję cię do jakiego szpitala go przewiozą.

Stoję w samym centrum Madrytu i mam wrażenie, że śnię znów ten zły sen o pożarze, że zaraz się obudzę. To już trzeci pożar, który przeżywam na własnej skórze.

Dzwoni telefon, wiem już, gdzie mam jechać, idę do pociągu, droga dłuży się, ale jestem dziwnie spokojna. On żyje, tylko trochę się poparzył. Na stacji czeka na mnie przyjaciel, jedziemy razem do szpitala.

E. leży na intensywnej terapii na oddziale poparzonych. Czeka aż go opatrzą, my czekamy, żeby wejść. Pozwalają nam wejść, nie opatrzyli go jeszcze. Twarz osmolona, ale w porządku, plecy to wielkie bąble, a z rąk zwisa skóra. Najbardziej zmartwiły mnie te ręce. E. w szoku i pod taką ilością narkotyków, że wydaje się nawet zadowolony i uśmiechnięty. Rozmawiamy, żartujemy. Musimy wyjść, bo jedzie na zabieg i założenie opatrunków. Bombarduje mnie tysiąc telefonów: jak się czuje, co się stało, czy można go odwiedzić. Wszystkim powtarzam to samo, jak automatyczna sekretarka. Jest mi już obojętne, co mówię, niektórych telefonów nie ma siły odebrać. 

Znów pozwalają nam wejść do niego. Wygląda jak mumia, od pasa w górę obandażowany, gada różne bzdury, ale humor mu dopisuje.

Kolejne dni płyną swoim szpitalnym  rytmem, rozmowa z lekarzem, nakarmienie chorego, spanie. Nie miałam pojęcia jak męczący jest szpital, wychodzisz z niego tak wykończony, że jedyne co daje ukojenie, to sen, o ile możesz spać. Nikt nie pyta jak się czujesz, wszyscy pytają o chorego.

Wchodzisz na oddział poparzonych, który przypomina scenę z horroru. Większość ludzi leży nieprzytomna, niektórzy w stanie śmierci klinicznej. W końcu można się do tego przyzwyczaić, jak do wszystkiego. Na intensywnej terapii są lepsze i gorsze dni. Najgorsza jest bezsilność. Kiedy widzisz jak bardzo ktoś cierpi, a nie możesz mu pomóc. Jak zwija się z bólu i płacze, albo jak trzęsie się z 39 stopniową gorączką i z podejrzeniem infekcji. Albo jak nie chce jeść, bo jest taki słaby, a ty, chcąc nie chcąc, go do tego zmuszasz. W środku aż cię skręca patrząc na to wszystko, masz ochotę po prostu się wyrzygać, długo i dokładnie. A tu codziennie trzeba wziąć się w garść, wstać, zjeść, umalować i być w dobrej formie.

Słuchanie historii innych ludzi, niewiele pomaga, choć mają gorzej, choć bycie przytomnym na intensywnej terapii, to szczęście. Co jakiś czas pojawiają się bardzo czarne myśli, a co by było gdyby... Gdyby nie uciekł w porę... takie myśli są niebezpieczne, bo powodują, że kręci ci się w głowie i spadasz w przepaść, atakuje cię przeraźliwy lęk, wciąga cię niczym wir, za każdym razem trudno jest wrócić do normalnego świata, normalnego myślenia. Choć z tygodnia na tydzień lęk jest coraz mniejszy, oddala się gdzieś. Nie ma czasu w nim tkwić, za dużo rzeczy jest teraz do zrobienia. 

Czerwiec. W domu, po prawie miesięcznym pobycie. W końcu dom. Jest wszystko, oprócz morfiny i jej pochodnych. Boli go brzuch, źle je, trzy noce z rzędu nie śpi. Szuka winny we mnie. Ja też nie śpię, boli mnie brzuch, ale z nerwów. 

Cały miesiąc upływa pod znakiem zmiany opatrunków, nadal trzeba jeździć do lekarza, co 2 dni. Goi się dobrze. Teraz nieznośne jest swędzenie, na które jedyne co, to dają leki antyhistaminowe. I bezsenność. Jak spać na plecach, które są wielką, gojącą się raną? W dodatku jest gorąco, cholernie gorąco, już w czerwcu. Bandaże co chwilę się przesuwają, nie wiadomo jak się ułożyć. Popraw mi gazę, popraw mi bandaż. Dni upływają pod znakiem pracy pielęgniarskiej, najgorsze, że twój dyżur trwa 24 h i nikt ci w niczym nie pomoże. Jesteś sam, ty i pacjent. Popraw mi gazę, przesunął mi się bandaż, boli mnie ucho, swędzi mnie ręka, boli mnie brzuch. Zeskrobywali mi strupy z ręki, zeskrobywali mi strupy z ucha. Słuchasz tego i już nic nie mówisz, bo co możesz na to poradzić... Jesteś nie mniej zmęczony niż chory. 

Te małe awanturki, że źle umyłaś mu głowę i zmoczył się bandaż przy uchu, że nic z tego nie rozumiem, bo to nie ja jestem pokrzywdzona. Milczę, wychodzę z pokoju, płaczę, płaczę ze zmęczenia. Jak to możliwe, że ktoś, kogo kochasz zaczyna ci brzydnąć, po prostu nie możesz już na niego patrzeć. A tu trzeba trwać, pomóc, zrobić obiad, zmienić prześcieradła, umyć, posmarować kremem. Wszystkie czynności przestają być pozbawione jakiejkolwiek intymności, jesteś ty i mężczyzna, który narazie nie jest mężczyzną, ale chorym człowiekiem. 

I dziękuj Bogu, iż to chwilowe, to nie śmiertelna choroba, ani choroba przewlekła. Nie jesteście skazani na siebie przez wiele lat. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś/aś się nad tym co by było, gdybyś musiał się zastosować do formułki : I że cię nie opuszczę w zdrowiu, ani w CHOROBIE? Prawda, że to łatwo jest wyklepać, powiedzieć jak wszystko jest w porządku, jesteście młodzi i piękni.  I zdrowi. Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się ocenić kogoś, kto po prostu nie wytrzymał i zostawił swoją chorą żonę/męża/matkę/ojca, bo nie miał już siły się nim zajmować? Patrzeć na jego ból, cierpienie i słuchać żalu do całego świata, nie wyłączając ciebie samego? Że tak naprawdę, najlepiej by było, gdybyś sam był chory i cierpiał tak samo jak on. Czy przyszło ci do głowy nazwać kobietę dziwką, bo zdradza swojego chorego męża, bo od czasu do czasu potrzebuje pobyć z mężczyzną, a nie z kaleką? 

Może gdzieś tam, kiedyś, w odległej galaktyce myślałaś, że przyjdzie taki dzień, w którym on/ona będzie stary  i trzeba będzie mu pomóc umyć głowę, nogi i dupę. Ale nie myślisz o tym jak masz 30 lat, bo jesteś piękny i młody, choroba cię nie dotyczy, ani starość, ani bezradność. To jest sajens fikszyn. A tu nagle, z dnia na dzień, łubudu - znajdujesz się w sytuacji, gdzie nie wiesz jak się nazywasz, jesteś chory, bardzo chory, od najbliższych godzin zależy czy w ogóle przeżyjesz, choć lekarz powtarza, że twój stan jest stabilny. Na szczęście jesteś tak naćpany, iż nie zdajesz sobie do końca sprawy z tego, ale twoi bliscy tak. I to im robi się kula w żołądku, której nie sposób się pozbyć. Nie można jej nawet wyrzygać. Z dnia na dzień możesz stracić wszystko, nawet urodę. To dlatego zmiany opatrunków na oddziale poparzonych są tak bolesne, bo chcą ci uratować rękę, twarz, żeby nie było blizn. I zagojoną skorupę zdrapują szczotką.

Lipiec. Sierpień. Wrzesień. Powoli wraca normalność. Po niektórych ranach nie ma już śladu, inne dobrze się goją, powoli skóra staje się znów biała. Trzeba tylko unikać słońca i smarować się kremami przez cały dzień, poza tym wszystko w porządku. Wróciła wręcz nuda, względny spokój, zdrowy sen. Radość. Tylko do dziś budzę się z bólem szczęki i pięści, odruchowo zaciskam zęby oraz pięści, ciągle gotowa do walki. O tych, których najbardziej kocham.

środa, 6 września 2017

wrzesień- najlepszy czas na przyjazd do Hiszpanii

Nastał wrzesień, z całą swoją łagodnością i aromatem dojrzałych jabłek, pomidorów i jeżyn, które są za słodkie nawet na likier. Wiosna minęła w czterech ścianach i pozostawiła bardzo gorzki posmak, sprawiła, że już nie lubię maja, chyba nigdy więcej go nie polubię. A lato, jak to lato, zbyt gorące, ale też zbyt krótkie jednocześnie, a przynajmniej w tych chwilach, gdy na świat spogląda się z perspektywy piasku na plaży.Czas powrotu do rutyny, codziennych zajęć, pracy. Lecz też czas fiest, świąt patronów miasta, uroczystości w stylu dożynek...
  


Wrzesień i początek października, to zdecydowanie najlepszy okres na przyjazd do Hiszpanii, zarówno nad morzem jak i w mieście jest przyjemnie. Wciąż jest ciepło, ale już nie gorąco. Na plaży nie ma dzikich tłumów, a w mieście żaru. Ceny też są znacznie bardziej korzystne niż np. w sierpniu. Loty i hotele mogą być nawet o połowę tańsze. Miasta powoli wkraczają w swój codzienny rytm, dzieci szykują się do szkoły, a w knajpach zaczyna się picie, jak śpiewał Muniek Staszczyk. Można podpatrzeć życie mieszkańców, które wraca do swojego powakacyjnego rytmu. 

A zatem? Zapraszam do Hiszpanii, nie tylko w upalny sierpień, ale przede wszystkim we wrześniu!


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Cztery wiersze o goryczy

Smoła

Kleją mi się rzęsy
ciężkie od smoły
jestem tak zmęczona, 
że nie mogę otworzyć oczu.
Nie chcę dziś na Ciebie patrzeć,
choć bardzo Cię kocham
kleją mi się rzęsy
ciężkie od smoły.


Półka

W lewo, w prawo
z góry na dół
z dołu w górę.
Ciąży mi głowa 
jak piłka lekarska
jakby ważyła ze 100 kg.
Pomysły zatykają mi czaszkę
sklejają się złącza
jak płatki sezamowe.
Myśli kotłują się
jak chmury przed burzą.

W lewo, w prawo
w górę, w dół

Zdejmuję głowę 
odkładam ją na półkę.
Śpię spokojnie
nie męczą mnie dziś koszmary.


Skrzydła

Odpinam dziś skrzydła,
przecieram pióra
i chowam je do szafy.

Nie lecę, spadam.

I choć wiem, 
że upadek będzie bolał
muszę skoczyć.

Tak po prostu, po ludzku.

Spadam na dno 
piekła.

Szarymi ulicami biegną sieroty.
Ludzie bez marzeń
z dnia na dzień
łyk piołunu od poniedziałku do piątku
łyk wiśniówki w sobotę.

Pęcherze, rany, blizny.
Ropa w miejscu skrzydeł.

Jeszcze tylko tydzień.
Nie mogę być dobrym aniołem
nie rozumiejąc ludzi.

Smaruję ramiona hydrokortyzonem.
Doklejam skrzydła
już nie pasują...


Beczka

Wrzucili mnie do beczki,
a może sama spadłam,
nawet nie zauważając kiedy.

Kręcę się w kółko,
wciągnęły mnie wiry.
Kręci mi się w głowie
jak na karuzeli.

Jestem w beczce,
z której ciężko się wydostać.

I nic by nie stało na przeszkodzie,
żeby na zawsze tu zostać

ale to beczka z dziegciem.


2.06.2017 ARANJUEZ





poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Nie lubię poniedziałku! - o niemotywacji

"Wszystko mogę." "Zaczynamy nowy, wspaniały tydzień." "10 rzeczy, które będę robić w tym tygodniu." Takie hasła i inne, podobne, krążą w sieciach społecznościowym w poniedziałkowe poranki. Zwłaszcza w tzw. grupach wsparcia. Wszyscy się wzajemnie motywują, do pracy, do działania, do podejmowania nowych wyzwań. 

Poniedziałek wydaje się być dniem najcudowniejszym z całego tygodnia. Moc energii płynie z każdej strony, niczym strumień świadomości. A ja się tak po ludzku zastanawiam, czy my naprawdę w to wierzymy? Że ten dzień jest magiczny, i nagle, w poniedziałek mogę wszystko? Schudnę, znajdę nową pracę, posprzątam szafę i upiekę ciasto. 

Chyba rzeczywiście lepiej starać się motywować niż narzekać od rana, ale ile w tym jest prawdy, a ile zmuszania się do nowo tygodniowej rzeczywistości. Ile dosypywania cukru do dziegdziu? Będę szczera, ja nie lubię poniedziałku, po prostu. Może nawet nie tyle, co nie lubię, ale wolę zdecydowanie piątek, piątek, piąteczek, piątunio. Wolę też sobotę i nawet czwartek. Ale poniedziałek... no cóż. Po weekendzie, gdzie spędzasz czas jak chcesz i z kim chcesz, szara, poniedziałkowa rzeczywistość, mnóstwo rzeczy do zrobienia, niekoniecznie przyjemnych. Ależ nie! Nowe wyzwania, nowa energia. Jestem przekonana, że u niektórych myśl o nowym wyzwaniu kończy się wraz z pierwszym dźwiękiem wrzeszczącego budzika. Wystarczy spojrzeć na twarze ludzi w autobusach  w piątek i w pierwszy dzień tygodnia. Mowa ciała, we wszystkich językach wyglądająca tak samo...



Gdzie zatem ta moc, ta radość, ta wiara w siebie? Jest zapewne jedna grupa, która owszem, cieszy się z poniedziałków. Rodzice. Po całym weekendzie  z dziećmi, chwila ciszy w pracy może być kojąca... Wtedy tak, lubimy ten dzień, a przynajmniej chociaż troszkę.  Nie dołączę zatem do entuzjastów tego dnia. Po prostu go nie lubię, choć ma on swoje plusy, jak powrót do rutyny treningowej. Lubię sport, a w niedzielę daję odpocząć swoim nogom. Także, jednak tak, jest coś pozytywnego. Lecz nie wierzę, że nagle zaczniemy coś robić z uśmiechem na twarzy i podejmiemy 10 wyzwań. Pracować nad sobą trzeba codziennie, nie tylko w poniedziałek, nie tylko od nowego miesiąca czy roku. 

Statystyki mówią, iż jest to najmniej produktywny dzień w pracy. Ludzie są ospali, mało aktywni i rozkojarzeni. Czynności wykonują wolniej i z większym trudem. Jeśli ktoś chce podjąć nowe wyzwania, zmienić swoje życie, wierzyć w to, że wszystko się da, może lepiej zacząć od wtorku... 

Przepraszam, ale ja nie lubię poniedziałku, tak po prostu.


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Duchota i inne wiersze o tęsknocie

Sieć

Tęsknota jest jak sieć 
tkana uporczywie przez natrętnego pająka.

Z kąta w kąt
włóczę się i potykam.

Lecz w żadnym z kątów nie zatrzymuję się 
na dłużej,

bo nie lubię tej lepkości
pajęczyn.


Siedzisko

Barowy stołek 
jest tak wytarty,
jakby miał ze sto lat.

A w dodatku świeci pustką.

Wtorek, 2 nad ranem.

Aromat wiśniówki 
paruje znad blatu.

Gdzieś tam, 
3000 km stąd
miasto o zapachu 
bram i rynien.

Gdzieś tam,
gdzie mnie nie ma.

Gdzie stołki pamiętają
ciepło naszych
dup.


(28.03.2017 Aranjuez)

Duchota

Odbijam się od ściany do ściany.
Trzy kroki w tył
MUR
Cztery kroki w przód
CEGŁY.

Krople potu spływają po plechach.
DUSZNO.

Dach jest tak szczelnie zabezpieczony,
że nie słychać nawet
dźwięków miasta.

Powietrze tak słodkie,
że klei się jak miód,
a jednak tak gęste
jak galaretka truskawkowa.

Trzy kroki w tył,
cztery w przód...

Pod strzechą
buja się
sznur.


(29.03.2017)

Klatka

Gdzieś tam, poza mną
złota kula nadaje życiu bieg

choć tu, gdzie jestem,
panuje wieczny cień.

Gdy próbuję przegryźć
pręty klatki,
jedynie ostrzę sobie zęby.

A druty, choć złote
nadal sterczą
jak pnie pościnanych drzew.

(29.03./6.04.2017)

Bez śladu

Otwieram już trzecią
butelkę szampana.

Świętuję swoją wolność.

Ani śladu obrączki na palcu
i szyi.

Ani śladu zabawek 
i porysowanych ścian.

W jedną walizkę schowam wszystko.

Celebruję ten wieczór,
niepowtarzalny.

Otwieram okno,
podmuch świeżego powietrza sprawia,
że kręci mi się w głowie.

Zdejmuję włosy ze szczotki.
Dokańczam szampana.

W zagajniku, który ledwo już pamięta
twoje imię
zapada cisza.

(6.04.2017)