poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Matavenero cz.2

Siadam przy stole, witam się z nowo poznanymi ludźmi. Wysoki, szczupły mężczyzna, z niehiszpańskim akcentem pyta mnie:

- I co sądzisz o tym miejscu? Dziwne, nie?

- No, troszkę dziwne.

Manuel śmieje się.

-Jak pierwszy raz tu przyjechałem, pomyślałem sobie: gdzie, do cholery, jestem? 


Manuel jest Szwajcarem, kiedyś był sportowcem, zresztą widać to nawet teraz. Nie jest z tych, co urodzili się w Matavenero, nie poprzestawiały mu się klepki. Jest zadbany, czysty, ładnie pachnie, codziennie zmienia koszulkę. Gdyby coś mu się stało, w Szwajcarii czekałby na niego opiekun, taksówka oraz dożywotnia emerytura. Manuel jest przed 60, więc czasem myśli o takich sprawach. Szwajcaria dba o swoich obywateli. 


Kolejnymi osobami, które tego dnia poznaję jest Juanjo i jego dziewczyna Noema oraz córka Noemy Nalua. Juanojo jest wegetarianinem,ba, nie je nawet soli. Raczej milczący, mało sympatyczny. Noema pochodzi z Galicji, ma bardzo silny galicyjski akcent i jest antypatyczna. Opowiada Norze o tym, co się działo przez ostatnie dwa miesiące. Każdy tu każdego obgaduje. 

Społeczeństwo z wioski jest niewielkie, nie mają telenowel, nie chodzą do „normalnej” pracy, na siłownię, do sklepów, wszędzie tam, gdzie ma się kontakt z ludźmi. Wszystko co znają mieści się w Matavenero. Mówią dużo o innych, o sąsiadach, o kolegach. I mówią źle. Często z nienawiścią, z zawiścią. Potrzebują się nawzajem, chyba tylko to sprawia, iż się jakoś tolerują. Ty mi dasz chleb, ja ci pomogę wykopać rów. Wszystko tak tu funkcjonuje. Na zasadzie wymiany usług.  Nikt nie ma tu pieniędzy, zresztą i tak niczego nie da się kupić.  

Myślałam, że ludzie, którzy wygłaszają hasła wolności, miłości są bardziej otwarci, bardziej bezinteresowni. W żadnym miejscu, w którym dotychczas byłam nie spotkałam się z tyloma dziwakami i nie byli oni pozytywnie dziwni. Przyszła mi na myśl- sekta, obóz, w którym zamyka się ludzi i wtedy najlepiej można zaobserwować różnego rodzaju zachowania społeczne. Trudne warunki, brak łatwego dostępu do jedzenia, wszystko to wyzwala negatywne emocje i zachowania. Każdy chce przetrwać.  


Szybko można  było się przekonać, kto  w Matavenero ma pieniądze i kto często wychodzi na zewnątrz. Odniosłam wrażenie, że miejsce to jest na swój sposób- koszmarne, ludzie sami z własnej woli tu żyją, izolując się od świata, od tego wszystkiego, co ułatwia życie, choć jednocześnie czyni nas niewolnikami. Niewolnikami zakupów , mód, ładowarek, facebooków, zegarka, budzika.  


I choć każdy wciąż mówi tu o projektach, niewiele się tam robi, niewiele się tam dzieje. Latem jest praca przy ogrodzie, jesienią robi się przetwory, ale zimą nie robi się absolutnie nic. Wdech, wydech.


Dochodzą problemy z dostępem do drogi, bo od listopada do marca pada śnieg.  Woda zamarza, pojawiają się problemy z prądem.  Chyba jedyne, czego tu nie brakuje, to marihuana. Dlatego niektórzy wybierają takie życie, gdzie nic nie trzeba, tak, można nazwać to wolnością. Jak mówi Nora: tylko tu wstajesz i chodzisz po wiosce bez ubrania, gdy masz na to ochotę.  


Nalua- córka Noemy jest bardzo ładną dziewczynką. Czarne włosy, niebieskie oczy. Ma trzy lata i gada jak najęta. Chodzi bez majtek, jak większość dzieci tutaj. Ma spódniczkę tak brudną jakby nie była prana z miesiąc. Po jej kręconych włosach skaczą wszy. Uśmiech nie schodzi jej z twarzy. 


W nocy wychodzę przed dom, patrzę w niebo. Chyba  w życiu nie widziałam tylu gwiazd naraz. Nie miałam pojęcia o ich istnieniu. Świerszcze nie przestają grać. Nie jest to monotonne cykanie. Koncertują w wielu odcieniach. Milkną dopiero nad ranem, gdy wstaje słońce.  

sobota, 17 sierpnia 2013

Matavenero cz.1

Matavenero to miejsce, o którym zapomniał nawet diabeł. Wioska w górach, w prowincji Castilla y León.  Słynie z tego, że mieszkają w niej hipisi, punkowcy, cyrkowcy, ludzie, którzy nie umieją żyć w społeczeństwie…  Co roku odbywają się tu festiwale żonglerów, kursy pieczenia chleba, robienia mydła domowymi sposobami. Ludzie wygłaszają hasła: bądźmy bliżej natury, love, peace and freedom.  

Jeśli ktoś chce się wyciągnąć wtyczkę z odbiornika pt. cywilizacja, dobrze trafił. Nie ma tu zasięgu, telefony nie działają, nikt nie ma telewizora, nie ma nawet sklepów. Nie kupisz tu chleba, mąki, alkoholu, niczego.  Żeby dostać się do Matavenero trzeba skręcić w leśną dróżkę, a następnie zostawić samochód na parkingu i dalej na pieszo… Schodzi się w dół. Jeśli chcesz się tu wybrać, zabierz tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Przede wszystkim jedzenie, ubrania, latarkę i papier toaletowy.  

Zapomnij o tym, co nazywasz normalnością. Zmień swoje nastawienie, a miło spędzisz tu czas…

Wdech, wydech, wdech, wydech. Zacznij przyzwyczajać się do zapachu marihuany. Jest częścią powietrza, którym się tu oddycha. Czy tego chcesz czy nie, przeniesie cię w inną czasoprzestrzeń. Chociaż  czas to niezbyt właściwe słowo. Nikt nie ma tu zegarka, godziny wyznaczają wschody i zachody słońca. Latem ludzie skupiają się na pielęgnacji swoich ogródków, żeby mieć co jeść. Zimą siedzą, a to u jednych, a to u drugich. Wdech, wydech. Każdy ciągle mówi o projektach, o tym, co ma do zrobienia. Mamy dużo pracy, harujemy tu jak woły. Ciągle to słyszałam. Przez 3 dni widziałam tylko jednego człowieka, który pracował. Dwudziestoletni chłopak- Namaste. Ma dwójkę rodzeństwa, ojciec nie żyje, matka jest czarownicą. Zajmuje się kartami, reiki, energiami. Wszystkim, oprócz własnych dzieci. Namaste pachnie polem i kozami, jak sam twierdzi nic nie jest mu potrzebne do szczęścia. Nie umie żyć w innym świecie. Zresztą inny świat poza Matavenero nie istnieje. Sam piecze chleb, robi ser, hoduje kozy i pomidory.

-Nie będę pracował jak niewolnik, za 40 euro miesięcznie przeżyję. Ludzie są głupi, pracują po 8-9 godzin dziennie za marne grosze. To niewolnictwo. Albo tacy Rumuni czy Polacy, pracują za 5 euro za godzinę przy zbiorze winogron.
-Uważaj, co mówisz, Anna jest Polką- wtrąca się Nora ( moja przyjaciółka).
-Nie przejmuj się, ja się nie przepracowuję- odpowiadam. I dodaję w myślach: bo nie muszę, bo nie brakuje mi niczego i za 40 euro, które starczają ci na miesiąc, spędzamy dobrze piątkowy wieczór. Jesteśmy niewolnikami i burżujami.

W Matavenero mieszka sporo Niemców i Szwajcarów.  Podejrzewam, że pobierają różnego rodzaju zapomogi, bo Niemcy dbają o swoich obywateli. Jeśli ktoś przedstawi dokumenty potwierdzające, iż jest zameldowany w Hiszpanii, nie pracuje od co najmniej dwóch lat, należy mu się pomoc. Dlatego w Matavenero nie ma Polaków, są za to w Andaluzji, gdzie zbiera się oliwki i na winobraniu za 5 euro za godzinę.

Spaceruję, widzę takie okazy motyli, o których tylko czytałam w przewodnikach, wszelkiego rodzaju rusałki i małe cudo- paź królowej, chciałabym zrobić mu zdjęcie, ale jest za gorąco, nie mam siły na gonitwę. Nora daje mi lekcję z flory. Wrotycz jest dobra na nieregularne miesiączki, wywar z łopianu oczyszcza cerę z toksyn. Jaskier zwalcza brodawki.  Idziemy nad rzekę. Woda jest taka, jak w lodówce, ale mimo wszystko przyjemnie jest się schłodzić. Zmyć brud Matavenero. Zapach kóz i siana. 

Domy w wiosce przypominają lepianki, szałasy, nikt nie ma pralki, zmywarki, telewizora. Nie wiem czy ktokolwiek ma łaziankę. Potrzeby fizjologiczne załatwia się na zewnątrz. W drewnianych budkach. Budka naszych przyjaciół, nie była nawet dobrze zabudowana. Jeśli ktoś chciał, spokojnie mógł zobaczyć, co robisz. Zresztą i tak jeśli się mało je, do ubikacji chodzi się raz na trzy dni.( Ludzie mało tu jedzą, głównie sery i warzywa. ) Jak wyglądają prysznice, nie mam pojęcia, bo tam nie dotarłam. Zresztą patrząc na mieszkańców Matavenero, sądzę, że niektórzy też nie wiedzą.

-Mój syn nie mył się od dwóch tygodni, ma dziewięć lat, sam powinien wiedzieć, że trzeba się myć. Powiedziałem mu, że będzie trzeba wyczesać wszy, latem wszystkie dzieci mają wszy.

Żyjemy blisko natury, wszy, pchły, karaluchy, myszy są częścią niej.

Pierwsza noc, usiłuję zasnąć. Nie mogę, jest mi duszno, przeszkadzają mi komary, świadomość, iż wszędzie są karaluchy i  myszy.  Nikt nie powie mi, że to normalne w XXI spać z myszami w domu. Zresztą… co jest normalne? Wdech, wydech, wdech, wydech…

Słyszę jak Nora  rozmawia ze swoimi przyjaciółmi  z Matavenero.
-Brakowało mi rozmów z WAMI, na zewnątrz konwersacje są takie powierzchowne…
No tak, o czym można rozmawiać z ludźmi, którzy są niewolnikami. Którzy pracują po 8 godzin dziennie za 5 euro . Rozmowy w Matavenero są głębokie. Plany, projekty, mrzonki, zamki na piasku. 

Nie istnieje tu coś takiego jak intymność, co chwila ktoś cię odwiedza, zwłaszcza jak przyjdziesz z zewnątrz i masz jedzenie. Nagle przy śniadaniu zjawia się ktoś, w bardzo ważnej sprawie, pije z tobą kawę, je twoje  grzanki, pali twoją marihuanę. To samo przy obiedzie czy kolacji.  O poranku otwierają się drzwi, wchodzi Niemka. Histeryczny śmiech. Taki, który pojawia się gdy zbyt często się odurzasz.

- Czekałam na was- mówi do moich przyjaciół. Czekałam na was aż wreszcie przyjedziecie, codziennie tu zaglądałam czy jesteście! Proszę, dajcie mi skręta!

Niemka remontuje piwnicę. Szła po narzędzia. Nie wiem jak ludzie pracują po wypaleniu skręta, który człowieka z zewnątrz powaliłby na tydzień. Myślę, że pracują na bardzo zwolnionych obrotach. Ci , co za dużo palą, nie mają nawet ochoty na zadbanie o siebie. Nie mówię o makijażu, mówię o umyciu się, uczesaniu, wypraniu swoich ubrań.

Wdech, wydech, wdech, wydech. Nie przejmuj się, jesteś w Matavenero.





czwartek, 8 sierpnia 2013

Gorąco?

Dochodzą mnie słuchy, że jest gorąco! Gorąco jest w Polsce... Tegoroczne lato w Hiszpanii nie należy do najgorszych. Jest gorąco, ale jak narazie tylko 4 dni było ponad 40 stopni. ( Tzn. mówię o Madrycie, bo  w Sewilli skwar nie jest niczym nadzywczajnym.) Zimno też nie jest, temepratury w dzień wynoszą 34- 35 stopni. Jak wzrosną do 39-40 mówi się o fali upału, jak wynoszą 31-32 stopnie mówi się o ochłodzeniu. 

Ja bym chciała,żeby wszyscy, którzy źle mówią o Hiszpanach i oskarażają ich o chroniczne lenistwo- poczuli,czym jest UPAŁ. Wyobrazili sobie,co oznacza w temperaturze 38 stopni w cieniu praca w polu, praca na budowie, praca przy kładzeniu asfaltu. Szczególnie tego żaru tropików życzyłabym Niemcom, którzy zawsze tak głośno krzyczą jeśli mowa o Hiszpanii i udzielają swoich złotych rad w stylu " zlikwidujmy siestę", bo po co? Otóż siesta latem jest tu niezbędna. Nikogo nie ma na ulicy między 14.00 a 17.00, dlaczego? Wystarczy wyjść dwa razy w lipcu na zewnątrz w tych godzinach, żeby się przekonać na własnej skórze. Stąd zazwyczaj w sierpniu zamyka się fabryki i wszscy biorą obowiązkowy urlop. Wyszłam dziś do mojego pueblo. Część sklepów- pozamykana. Niektóre bary- pozamykane. Ludzie powyjeżdżali na plażę, nad jeziora... 

Lato, ma to do siebie, że jest gorąco. Zwłaszcza na południu Europy. Trwa trzy miesiące i mimo tego, że jest ciężkie, uwielbiam je. Uwielbiam smak sangrii, gazpacho, fiesty w miasteczku, bary na plaży i słońce. Trzeba czerpać z niego energię na kolejnych 9 miesięcy. A zatem, nie narzekajcie na upały, bo potem przyjdzie zima. Na koniec kilka wskazówek dla cierpiących na gorąco. Hiszpanie wiedzą coś na ten temat.

1. Wietrzyć mieszkanie w nocy,  najpóźniej o 11.00 pozmaykać okna i pozasłaniać żaluzje. 
2. Włączyć wiatraki jeśli jest bardzo gorąco lub jeśli ktoś ma-  klimatyzację. 
3. Klimatyzacji - używać rozsądnie, nie nastawiać na 19 stopni, jak za oknem jest 35... Choroba gardła-murowana. Lepiej nie włączać klimatyzacji w nocy- wysusza spojówki i gardło!
4.Otworzyć okna jak zajdzie słońce i znowu wietrzyć.
5. Nie wychodzić na ulicę, jeśli się nie MUSI, w godzinach kiedy słońce jest wysoko ( 12.00-17.00).
6. Nie uprawiać sportu w tychże godzinach na świeżym powietrzu! Z wyjątkiem pływania!
7. Pić minimum 2 litry wody dziennie.
8. Jeść lekkie posiłki, warzywa, owoce, lekkie zupy, ryby, na pewno nie pół kilo mięcha i do tego ziemniaki. Ani fasolki po bretońsku ani krupnika. ;) 
9. Brać chłodny prysznic dla obniżenia temperatury ciała!

Dobre rady dobrymi latami, a co ja widziałam w zeszłym roku w Polsce w lipcu, kiedy było gorąco? Godzina 15.00 w cieniu 34 stopnie, a emeryci na rynku robią zakupy... 
Miłego lata życzę! 


czwartek, 1 sierpnia 2013

brakuje mi Ciebie Andaluzjo!

Czasem w życiu jest lepiej, czasem gorzej, prawda stara jak świat. Spodziewałam się w tym roku beznadziejnego lata i żadnych wakacji, a tymczasem, mimo wszystko, udało nam się polecieć do Florencji, odwiedzić Polskę. 

Dopiero co rozpakowałam walizki, a już miałam propozycję wyjazdu do Andaluzji. Przypadek, bo koleżanka definitywnie rozstała się z chłopakiem, a szkoda, żeby wynajęty apartament się zmarnował. I się nie zmarnował, bo pojechałyśmy. Pojechałyśmy do Barbate ( prowincja Cádiz – Kadyks). Jeśli miałabym komuś polecić miejsce na wakacje w Hiszpanii, to oprócz Kanarów, w pierwszej kolejności poleciłabym właśnie Kadyks. 

Po pierwsze nie jest gorąco, temperatury oscylują w okolicy 29-31 stopni w dzień, w nocy 20 stopni. Śpi się dobrze, nie potrzeba klimatyzacji, ani wentylatora. Po drugie jest tanio, mam na myśli jedzenie, wyjścia na drinki, dyskoteki. Trochę droższe jest wynajęcie mieszkania czy hotelu, ale dużo też zależy od tego,  czy wynajmiemy lokum pół roku wcześniej, czy na miesiąc przed wyjazdem. 

Plaże są czyste, piasek drobniusieńki, woda w wielu miejscach krystaliczna, ale stosunkowo zimna! To nie Morze Śródziemne, a Atlantyk. Właściwie trochę mieszanka obu wód, ale generalnie jest zimno. Miejsca te słyną też z doskonałych warunków dla surferów, bo ciągle wieją wiatry, szczególnie sławna jest - Tarifa. Jednak nic nie "przebije" ludzi, którzy zamieszkują ten region. Muszę przyznać, że uwielbiam Andaluzję, żyją tam ci stereotypowi Hiszpanie, stamtąd wywodzi się corrida, flamenco, niezachodzące słońce. 



Ludzie są otwarci, bardzo otwarci, zupełnie nie mają nic wspólnego ze „smutasami” z północy, ani z „drętwymi”  mieszkańcami Kastylii. Pierwszy obrazek jaki zobaczyłyśmy, to facet jeżdżący na rowerze z kulami pod pachą. Jeśli nie mogę chodzić, to mogę jeździć na rowerze? W Andaluzji tak, tam wszystko jest możliwe... Potem ujrzałyśmy starszą kobietę, która wchodziła do baru, w jednej ręce trzymając pięciolitrowy kanister z wodą, a w drugiej strzelbę… Ciekawy był też pan grający na plaży na flecie i młodzi ludzie, którzy, aby nie wnosić zakupów na pierwsze piętro skonstruowali rodzaj dźwigu, wciągali siatki na sznurze. Jeśli, coś ktoś wymyślił z lenistwa, zapewne był to Andaluzyjczyk.  Wiecie, że mop został wymyślony właśnie w Hiszpanii?

Poza tym cudownie jest przebywać z osobami, którym uśmiech nie schodzi z twarzy, tam naprawdę każdy wydaje się być zadowolony. Wszędzie słychać podśpiewujących ludzi, wieczorem widziałam niektórych z gitarami. Mężczyźni są bardzo śmiali, lubią zaczepiać kobiety, ale nie są bezczelni. I co zwróciło naszą, babską uwagę, mają piękne oczy… W ogóle są bardzo przystojni!

Codziennie budziła nas grupka wesołych robotników i bezrobotników. Pracowali albo siedzieli, pili piwo, głośno gadali, śpiewali, jeden co chwila klaskał i tańczył. Tak mijał im dzień. Niektórzy przynosili sobie leżaczki i w cieniu zamulali się piwkiem. Potem szli na obiad, po południu wracali.


-Con alegria! ( z radością) - krzyczał najweselszy z nich. Widać było, że wszyscy na niego czekają, bo jak przychodził, witali go okrzykami. Komik Barbate, lokalny opowiadacz, bajok,  mitoman.  Miałyśmy ochotę ich pozabijać, bo zaczynali swoje śpiewy od 10.00, a my kładłyśmy się spać nad ranem.  A teraz brakuje mi tych uśmiechniętych gąb. Brakuje mi Ciebie Andaluzjo! 


piątek, 12 lipca 2013

"pozytywne myślenie"

Kto z nas nie narzekał na swoje życie, bo to mi nie pasuje, bo tamto? Bo za mało zarabiam, bo za dużo się uczę, bo boli mnie dupa, ręka i noga. Bo nie pracuję, a mógłbym, bo mam za mało czasu, bo mam za dużo czasu. Bo żyję w złym kraju, bo politycy nas okradają?

Polacy mogliby dostać Nagrodę Nobla jeśli chodzi o narzekanie, przysięgam, że wielu moich hiszpańskich przyjaciół ma dużo gorzej niż wielu polskich i tak nie marudzą. I nie jest to kwestia słońca, bo np. tegoroczna zima i wiosna były obrzydliwe w Madrycie. Bez słońca. Bez nadziei. Beznadziejnie.

I sama narzekałam na kilka spraw... I teraz mogłabym naprawdę ponarzekać, bo mam dużo więcej powodów. Spaliła się firma Enrique. Jako, że jedyny z nas pracuje, przyjęłam tę wiadomość z przerażeniem. Ostatnie tygodnie były dla nas stresujące i męczące. Jeśli ktoś ma wyobraźnię, może się domyślić, że utrata pracy tutaj, to równie dobrze może oznaczać 2 lata niepracowania. Może oznaczać cokolwiek. Cokolwiek raczej złego niż dobrego.

Miesiąc temu czytałam bardzo ciekawy felieton hiszpańskiego dziennikarza, który mówi: nie szukaj pracy, to bez sensu. To nie te czasy, gdy pracy nie brakowało, teraz zyskasz jedynie poczucie, że tracisz czas szukając, poczucie, że skoro nikt do ciebie nie dzwoni, jesteś nic nie wart. Nie kupuj mieszkania- mówi felietonista. Będziesz się martwił czy dasz radę spłacić kredyt, czy nie wyrzucą cię z pracy, czy nie odbiorą mieszkania. Wynajmij- zyskasz poczucie wolności. Nie szukaj pracy, to bez sensu, pomyśl co wychodzi ci dobrze i zacznij to robić. Poszukaj innych dróg i możliwości. Zapomnij o stabilności o rutynie, o wstawaniu od poniedziałku do piątku.

Myślałam, że dziennikarz trochę bredzi, zresztą pisze to ktoś, komu zajęcia nie brakuje, ani pieniędzy. Udziela dobrych rad innym, sfrustrowanym, zdesperowanym, zmęczonym… Teraz wiem, że jednak miał sporo racji. Czasy się zmieniły, trzeba się do tego dostosować, problem w tym, iż nie wszyscy potrafią. Nie każdy ma talent, z którego może zrobić użytek. Sama znam mnóstwo ludzi z wykształceniem ledwo podstawowym… co nie oznacza, że brak im jakiś talentów, ale myślę, iż trudniej im być kreatywnym.


Czasy są ciężkie, dziwnie się żyje w tej Hiszpanii, trochę balansując, trochę tańcząc. Ostatnie tygodnie czegoś mnie nauczyły, mnie i Enrique. Nic nie jest dane nam na wieczność. Ani praca, ani udany związek, ani talent, ani beztroska. Enrique spokorniał, pracy na szczęście nie stracił, ale na razie będzie zarabiał mniej. A ja się trochę przebudziłam z letargu, myślę o tym, co napisał felietonista: pomyśl, co wychodzi ci dobrze i zacznij to robić. I najważniejsze: nie poddawaj się marazmowi i frustracji. 

wtorek, 4 czerwca 2013

Dekompresja

Zaczyna się czerwiec, wreszcie zrobiło się odrobinę cieplej. Na zachodzie bez zmian, powiedziałabym. Hiszpania boryka się ze swoimi ogromnymi problemami i każdy z osobna, ze swoimi małymi lub większymi. Wizyta w Polsce, jak zawsze, pozwala mi spojrzeć na moją rzeczywistość z innej perspektywy. Na kraj, w którym mieszkam obecnie, na ludzi, z którymi mam do czynienia i na samą siebie. 
I co? I nie chce mi się publicznie wyciągać żadnych wniosków, bo są przygnębiające. Zaczyna się czerwiec, czas czerpać energię ze słońca i uciec do swoich małych światów. I zrealizować coś, co się obiecało samej sobie. 


Dekompresja

-Co robimy?- pada nieśmiertelne pytanie.
- Idziemy do Deko. Jest koncert.
-Do Deko czy pod Deko?
Umawiają się jak zwykle pod sklepem o wdzięcznej nazwie ze świata fauny i flory. Jest środek zimy, wieczór, na zewnątrz – 10˚C. Dużo śniegu, skrzypi pod nogami odzianymi w glany. Glany mają wszyscy oprócz niej. Woli kozaki na obcasie, choć wie, że za chwilę nogi zaczną kostnieć, przymarzać niemalże do powierzchni chodnika. Najważniejsze to trzymać klasę. Taka jest jej dewiza, zawsze się tego trzyma. Wybór wiktu wieczornego nie okazuje się trudny. Prażynki, Keleris i V.I.P. Piwo marki piwo, nazwa wprost nieproporcjonalna do gatunku. Za gorzkie, nawet jak na piwo, za mocne, o wyraźnym posmaku spirytusu, a jednak ma swoją zaletę, oprócz tego, że tanie, smakuje koncertami. Właśnie przed koncertami pili to piwo. Przed albo „pod” koncertami. Nie zawsze dało się wejść do klubu i posłuchać muzyki. Nie było pieniędzy. A „pod” koncertem było niejednokrotnie ciekawiej niż na koncercie. Ludzie uciekający przed upierdliwą strażą miejską lub policją, która doskonale wiedziała, iż każdy kto wystaje w tym miejscu, coś spożywa. Ludzie stali sobie kulturalnie, pili, gadali, policja nie dawała spokoju. Zamiast zająć się poważnymi przestępstwami, postanowiła uprzykrzyć życie licealistom i studentom. Policja podjeżdżała pod samo miejsce koncertu, nie chciało im się wyjść z samochodu i pójść pod sklep albo za sklep, choć zdarzało się, że i stamtąd przeganiała rozkoszujących się weekendem ludzi. Tego styczniowego wieczoru nawet policji nic się nie chciało.
-Chyba nie będziemy stali pod „Stonogą”? Jest zimno jak cholera. Chociaż może wypijemy jedno piwko i wejdziemy do środka.
-Racja, zimno. Zobaczymy.
Zaczęło się od Kelerisa, choć mróz, wszystkim było coraz cieplej. Z dwóch osób, zrobiła się całkiem spora grupka. Sami mężczyźni i ona. Najlepsze towarzystwo. Zawsze znalazł się jakiś adorator, ktoś, kto powiedział, coś miłego. Tego wieczoru swoją rozmowę skoncentrowała na oziębłości jednego ze swoich "kochanków". Zaraz znalazł się „pocieszyciel.” Okazało się nawet, iż pocieszyciel jest studentem psychologii. Zaczął wszystko logicznie argumentować, wyjaśniać, tłumaczyć.
-Ten facet jest nienormalny, do tego ma poważny problem, jak może nie podobać mu się kobieta taka jak ty?
Słuchała tych bzdur, z nieukrywaną przyjemnością. W tym momencie nie wiedziała jeszcze, że ów nienormalny facet okazał się całkiem normalny. Znalazł sobie inną kobietę, więc o starą przestał dbać i typowo bał się powiedzieć prawdy, zmanipulował w ten sposób sytuację, żeby ona poczuła się jeszcze winna oraz nieatrakcyjna. Dzięki takim osobom jak psycholog i wielu innym, szybko wróciła do równowagi. Mróz był coraz większy, ale nikt już nawet nie zwracał na to uwagi. Rozmowy toczyły się swobodnie, wino piło się podając butelkę z ręki do ręki, niczym w hipisowskiej komunie.
Wino za 5zł o mocnym smaku wiśniowym. Mocnym smaku, wyraźnym wiśniowym zapachu. Aromat, który dodają do tego trunku, niczym nie różni się od tego, który dodaje się do odświeżaczy powietrza, kibli, płynu do podłogi…


Niejednokrotnie impreza spod sklepu przenosiła się na „barierki”. Pomiędzy spożywczakiem, a klubem znajdowały się tory tramwajowe. Żeby nie iść na około, trzeba było przeskoczyć przez barierki, za to też policja karała, ale rzadko udawało im się kogoś złapać. Ten, kto przeskakuje barierki, może też szybko biegać. Swoją drogą jak dziwne jest zachowanie policji, która uwielbia zwracać uwagę na pierdoły, ukarać mandatem za przechodzenie w niedozwolonym miejscu, a gdy dzieje się coś naprawdę niebezpiecznego, sama się boi i przestaje być taka harda.  Barierki służyły za stół. Stawiało się na nich piwo, opierało się na nich znużone całym tygodniem cielsko. Niejedni, bardziej zmęczeni, rzygali przez barierki. Było to dość niebezpieczne. Zawsze mógł podjechać tramwaj, zakończyć imprezę na zawsze....

c.d.n. 
albo nie nastąpi :-)

środa, 15 maja 2013

Hiszpania do zwiedzania

Tęsknię za swoim blogiem, ale nie mam ostatnio chęci na pisanie, jeśli ktoś to czyta, to odniesie słuszne wrażenie, że tak mogła powiedzieć tylko kobieta. 

W maju postanowiłam zrobić sobie przerwę. Więcej mnie nie ma niż jestem w domu. W tym miesiącu częściej pakuję walizki niż siedzę przed komputerem i poświęcam sporo czasu na sport. Sport i gotowanie... Oglądam też hiszpańską wersję MasterChefa, którą jestem zachwycona. Nie tyle programem, co kuchnią. Uwielbiam sztukę kulinarną, zamarzył mi się nawet kurs w jednej z profesjonalnych szkół gotowania w Madrycie.Sama się sobie dziwię, bo kuchni nie opuszczam od niedzieli do piątku, ale nauczyć się nowych rzeczy od najlepszych specjalistów w tej dziedzinie, ach tak! Przydałoby mi się podszkolić, zwłaszcza jeśli chodzi o ryby. Apropos ryb, na początku miesiąca byliśmy w Asturii. Zjadłam chyba najlepszą rybę w swoim życiu. Salmonete- po polsku- barwena. Ryba po prostu usmażona na grillu, w całości, z dodatkiem odrobiny soli. Boski smak. Cena w restauarcji mniej boska. 

I Asturia. Zakochałam się w tym regionie. Zielono, góry, łąki, ocean. Hiszpania do podróżowania jest cudowna, piękne miejsca, mili ludzie, wspaniałe jedzenie. Zawsze wracam z  takiej wycieczki szczęśliwa, że jednak tu mieszkam i mogę to wszystko zobaczyć, poznać, poczuć, szczęśliwa, dopóki nie włączę telewizora i nie poslucham wiadomości. Dopóki nie pójdę do baru i nie wsłucham się w dialogi. Hiszpania do podróżowania jest cudowna. 


Llanes- Asturias


Picos de Europa


Potes


Playa de Vega