Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 sierpnia 2016

lato, które już nigdy nie wróci

Smak cierpkich malin, takich co powinny być słodkie, ale nie są, bo nie zdążą dojrzeć. Wścibskie łapska zerwą je zanim smak zamieni się w cukier. Albo może znów za dużo padało? Sierpień, Rożnów, Polska, lata 90-te. Choć ten czas wydaje się tak odległy, co roku letnią porą tęsknię za wakacjami w tamtym miejscu, za beztroską dzieciństwa, domem pani Wandy, dziadkami i krowim gównem na łące.

Rożnów, rodzinna wieś babci, Beskid Sądecki. Spędzałyśmy tam z siostrą całe lato. Dom, który był a jednocześnie nie był naszym domem, bo należał do przyjaciółki babci. Ogromny teren, orzech włoski, czerwona porzeczka, jabłoń, maliny za płotem. Śliwy. I świerki. Zapach stęchlizny w piwnicy, stary, nigdy nieużywany piec, leżaki, graty, graciki. Świat słoi i słoików, konserw  i przetworów, gruszki w zalewie, ogórki, śliwki, papryki. Konserwy tak zakonserwowane, że nie da się ich już otworzyć. Pamiętające koniec lat 80-tych. Patrzące na ciebie warzywa i owoce, tak jakby wiedziały, iż nigdy ich nie zjesz, napawające się swoją nieśmiertelnością. 

Kolejna część piwnicy, a w niej wszelakie narzędzia, smary,  pokrętła, śrubki, śrubokręty, kolejne słoiki, tym razem puste, ewentualnie z resztkami zasuszonego pająka. Pająki, tysiące pająków, krzyżaki, ogrodniki, kosarze. To był ich raj, miały tam błogi spokój, mogły spokojnie tkać swoje sieci, w oknach, drzwiach, schowkach, w pokoju tysiąca narzędzi. 

Kuchnia na parterze, a  w drzwiach puszka groszku służąca za podpórkę. Ktoś ją tam kiedyś postawił i tak została, rok, dwa, trzy, potem przestaliśmy liczyć. Była jak mebel, członek rodziny, część domu. Nikt jej nie wyrzucał, została tylko przesuwana. Groch dawno już usechł na wiór, albo zgnił, a puszka przetrwała, lata. 

Na piętrze okno, nieszczelne, gdyby mocniej popchnąć, to by wyleciało. W nim stare, robocze spodnie. Prowizoryczne uszczelnienie, gacie. Kolejna nieśmiertelna rzecz w tym magicznym domu. Gacie, z plamami po farbie, szare, albo bure, a może i te dwie rzeczy naraz. Wisiały tam wiekami, kolejny członek rodziny, pamiętam jak w końcu zostały zdjęte, a dom porządnie uszczelniony, to już nie było to. 

Ostatnie piętro, gdzie spałyśmy z siostrą, pokój na strychu, gorąco jak w piekle, jak otworzyłaś okno, to wlatywały komary. Jak zamknąłeś, można się było żywcem udusić... Salon, kuchnia, w której babcia stała w majtkach i biustonoszu gotując zupy nawet jak za oknem było 30 stopni. Obiad zawsze musiał być, zupa, pierogi, mizeria. Łazienka, w zasadzie nigdy sprawnie nie funkcjonująca, więc trzeba było myć się w misce. Tysiące misek, do mycia, do zmywania, do prania. Zlew w kolorze zgniłej zieleni i zawsze zimna woda. 

Dziadek pijący piwo i rozwiązujący krzyżówki, siedzący w brązowych gaciach, których nie chciał nigdy wyrzucić. To właśnie z nim pierwszy raz piłyśmy z siostrą piwo, bo dziadek pozwalał oblizywać nam piankę. Z nim chodziłyśmy też do tzw. klubu, kiosku, w którym kupowało się gazety, pocztówki i piwo. Wciąż pamiętam panią z kiosku, korpulentą brunetkę, zawsze uśmiechniętą. Czasem dziadek kupował nam lody, ale i tak wolałyśmy piankę z piwa. 

Kiedy byłyśmy naprawdę małe dziadek jeszcze pracował, co oznaczało, że był z nami tylko w weekendy. W każdy sobotni poranek siadałyśmy na ganku i od rana wypatrywałyśmy dziadka. Szukałyśmy wzrokiem białego fiata. Każdy przejeżdżający samochód wydawał nam się dziadkiem. Kiedy wreszcie przyjeżdżał, radościom nie było końca. Dziadek, dziadek! Przywoził nam słodycze, owoce i banany, za które dostawał od babci opierdol, gdyż były zbyt dojrzałe, z czarnymi prążkami. 

Z babcią uwielbiałam chodzić po wsi na plotki, choć miałam zaledwie 10 lat, wszystkie informacje wsiąkały we mnie jak gąbka. Historie śmierdzącej pani Agnieszki, kobiety, która tak cuchnęła, że czasem zastanawiam się jak mogła znaleźć męża. Opowieści pani Zosi, koleżanki babci, która się rozwiodła i opowiadała wszystko w najmniejszych szczegółach. O tym jak dzieliła linijką mieszkanie, jak kuchnię miała w salonie, a łazienkę w kuchni. Te magiczne wieczory kiedy chodziłyśmy z babcią po mleko, słuchając z kolei  jej wspomnień z młodości. Nigdy nie zapomnę tych rozmów, bo to właśnie one pomogły mi zrozumieć, co jest w życiu najważniejsze. Rady babci mam w pamięci do dziś, przede wszystkim te na temat mężczyzn. "Pamiętaj Aniu, unikaj głupków i dziadów."

W każdą sobotę u brata babci, wujka Józka, odbywała się mała impreza. Kolacja, wódka, śpiewy i znów te cudowne opowieści. Czasem byłam już tak śpiąca, że nawet włożenie do oczu zapałki by nie pomogło, ale nadal słuchałam. Uwielbiałam słuchać, choćby najgłupszych rzeczy na świecie. Ballady, historie, opowieści, opowiastki... 
Nieraz robiliśmy wspólne ognisko, pieczone ziemniaki, kiełbaski, śpiewanie. Dziadek po drodze gadał głupoty, zatrzymywał się w krzakach na siku, myśmy umierały ze zmęczenia, ale byłyśmy szczęśliwe. Po drodze mijałyśmy stawy i słychać było żabi koncert. Kumkanie, pieśni godowe, rechoty. Gdy otworzyło się okno, oprócz tego, że wlatywały komary słychać było owe żaby i świerszcze. Najpiękniejsze melodie lata. 


piątek, 14 grudnia 2012

choinkowe wspomnienia

Zbliżają się święta, sylwester, kolacje, spotkania rodzinne i przyjacielskie. Kupiłam choinkę. W zeszłym roku mi się nie chciało, nie miałam pieniędzy, ochoty, nie pamiętam. Choineczka jest miniaturowa i sztuczna, ale zawsze choineczka. Ubierając ją przypominały mi się wszystkie święta w domu rodziców. Bombki z łabędziami, które w końcu rozbiłyśmy z siostrą, co do jednej, różowe , chińskie bombki, ozdoby od dziadków, czerwone figurki i ludziki, najbardziej jednak  pamiętam niebieski dzwoneczek od babci Kałużnej. Babci, która nie była moją babcią, tylko sąsiadką, ale mówiłam do niej babciu i była dla mnie Babcią przez duże B, taką, która znajduje czas dla dziecka. Która się dzieckiem zajmuje. Pamiętam jej wafle z dżemem truskawkowym, który sama robiła. Pamiętam zapach pastowanych podłóg i obliczanie kiedy w końcu dożyje 100 lat. Babcia Kałużna zmarła na kilka dni przed swoimi 97 urodzinami. Zmarła we śnie, o co całe życie się modliła.

Ten niebieski dzwoneczek, to jedyna rzecz, poza wspomnieniami, która została po Babci. Wiem, że Babcia skądś się mną opiekuje, zawsze, gdy o coś ważnego ją poproszę, moje życzenie się spełnia.

Ubieram swoją małą choinkę, przypomina mi się ciasto, jakie robiła mama, nazywało się „niebo w gębie”. Było zawsze twarde jak jasna cholera. Trzeba było połączyć 3 placki i przełożyć je warstwą orzechową i jabłkową. Mama jeszcze nie zdążyła przełożyć  ciasta kremem orzechowym, a już połowy kremu nie było, bo razem z siostrą zdążyłyśmy go wyjeść.  Co roku mama zastanawiała się dlaczego ciasto jest twarde i jedna warstwa odchodzi od drugiej. W końcu przestała piec „niebo w gębie”, a szkoda, bo kojarzyło mi się właśnie z świętami.  

Pamiętam jak pisałyśmy z siostrą listy do Mikołaja, zawsze chciałyśmy lalki Barbie, ale nie z rynku, tylko lalki firmy Matel. Zawsze w liście było podkreślone, że nie chcemy ruskiej lalki, tylko oryginalną. Miałyśmy całe listy życzeń, długie jak makaron, a im byłyśmy niegrzeczniejsze, a obie byłyśmy niegrzeczne, listy były dłuższe.

Któregoś roku dostałam autentyczne rózgi, musiałam nieźle dawać popalić, skoro rodzice pozbierali dla mnie rózgi, przepraszam, Mikołaj je uzbierał. Na pocieszenie dostałam lizaka, ale i tak było mi przykro. Nie zapomnę tego lizaka, taki wysuwany, z dziurkami, można było na nim grać jak na flecie.

Oczywiście jak tylko dowiedziałam się, że Mikołaj nie istnieje, powiedziałam o tym siostrze. Miała chyba ze 4 lata jak przestała w niego wierzyć. Do tej pory mam małe wyrzuty sumienia, odebrałam jej odrobinę dziecięcej radości.

Tradycyjnie, rodzice kupowali karpia, żywego. Pływał sobie w wannie aż tata go nie ukatrupił. Oglądałam potem, co karp ma w środku, pamiętam, że chwilę po zabiciu układ krwionośny jeszcze funkcjonował i serce tego karpia biło chwilę po śmierci. Zastanawiałam się potem czy z ludźmi jest tak samo.

Jak byłyśmy małe, biłyśmy się z siostrą o ubieranie choinki, każda chciała być pierwsza. Kłóciłyśmy się nawet o bombki do powieszenia. Potem nikomu nie chciało się ubierać choinki. W pewnym wieku święta tracą tę dziecięcą magię. Nie wiem kiedy to się stało, ale się stało. Zdajesz sobie sprawę, że to taki sam dzień jak każdy inny, chyba co roku jest mi smutniej w ten dzień. Przeraża mnie upływ czasu. Które, to już święta? Wydaje się, iż dopiero co siedziało się przy wigilijnym stole, a znów się spotykamy. Czy magia świąt mija, gdy przestaje się wierzyć w Mikołaja? Czy właśnie, gdy zaczyna zauważać się nieubłagalnie uciekający czas?

Dla kogoś, kto mieszka poza krajem, święta przybierają inny wymiar. Stają się okazją do przyjazdu do domu. I cieszę inaczej niż kiedyś. Święta, to spotkanie z ludźmi, których na co dzień się nie widzi, których dawno się nie widziało. Smak kompotu z suszonych owoców, którego nigdy z siostrą nie lubiłyśmy. Szkoda, że w tym roku razem na niego nie ponarzekamy.