sobota, 21 listopada 2015

dzień jak co dzień, zaklinam rzeczywistość

Ani specjalnie ciepło, ani specjalnie zimno. Ani to poniedziałek, ani sobota. Oddychasz spokojnie, miarowo, idziesz ulicą, ktoś biegnie, ktoś się wlecze. Otwierają się piekarnie, do kiosku dostarczane są gazety, pierwsi listonosze idą ze swoimi przesyłkami. Ktoś na pierwszym piętrze kłóci się  z żoną o pierdoły, kogoś na drugim piętrze zwolnią dziś z pracy. Komuś ukradną samochód, a ktoś znajdzie portfel. Spóźnisz się 15 minut, tam gdzie idziesz, bo wrócisz się po dokumenty. Dzięki temu nie wjedzie w ciebie ciężarówka, jeszcze nie dziś. Szef zrobi ci awanturę, bo zapomniałeś wysłać faktury. Wkurzą cię klienci, dostawcy i transportowiec. Wyślesz wszystkich do diabła. Podczas obiadu rozlejesz na siebie sos. Nowa koszula! K....! Na szczęście plama zejdzie szybko i bez problemów. W autobusie będzie tłok, ale za to nie będzie korków. W drodze do domu spotkasz dawno niewidzianego przyjaciela, wstąpicie na piwo, poprawi ci się humor. Dowiesz się, iż X się rozwodzi. Y będzie miała dziecko, a  Z ma romans z dobrze znaną ci osobą. Kupisz kurczaka na kolację, kurczaka i butelkę wina. I mix sałat. Pomyślisz, że znowu zdrożało mięso, ale w końcu pracujesz, stać cię na to. W domu twój partner nie będzie w najlepszym humorze, pokłócicie się, ale zaraz się pogodzicie. Weźmiesz prysznic w czystej łazience, używając dobrego mydła. A potem położysz się w ciepłym łóżku, w czystej pościeli. Otworzysz okno,zaśniesz słuchając kropel deszczu, zaśniesz snem spokojnego.

Nie będzie słychać bomb, nie obudzi cię alarm przeciwlotniczy. Nie będziesz odchodzić od zmysłów zastanawiając się, gdzie podział się twój mąż/syn/kochanek. Czy żyje czy już nigdy go nie zobaczysz. Nie stracisz domu, nie będziesz zmuszony uciekać z niczym. Nie będziesz musiał martwić się o to, skąd wziąć chleb, mięso i mleko. 

Nie będzie czołgów pod twoim domem, ani nie będziesz oglądać trupów pod oknem. Nie będziesz ukrywać się w lesie, ani w piwnicy, nie przypomnisz sobie jak wyglądają dzikie szczury i jak bardzo są niebezpieczne. 

Nie będziesz chodzić z bronią przy sobie, nie usłyszysz strzałów,  a słowo patriotyzm będzie kojarzyło ci się z lekcjami historii. 

W sobotę pójdziesz do baru, żeby się napić, nie będziesz walczyć, nie będziesz się bronić, nie będziesz się chronić. 

Nie będzie słychać bomb, nie zobojętnieje ci zapach zmarłych, trupów, z bladosinymi twarzami, ze zjedzonymi przez koty palcami. Nie będziesz patrzył jak gwałci się kobiety. Jak ginie twój brat. Jak tracisz przyjaciół. 

Nie będziesz żarł trawy z głodu, nigdy nie będziesz głodny.  

Nie będę słyszeć wybuchu bomb, nie będę widzieć czołgów, nie będę bać się karabinów.  Człowiek człowiekowi człowiekiem. 

Nie będzie czołgów, nie będzie bomb, nie będzie wojny.


poniedziałek, 9 listopada 2015

obelgi hiszpańskie cz.1

Se me hincharon los huevos. Jak to przetłumaczyć, to dosłownie znaczy: spuchły mi jaja. Dość dosadny i wulgarny sposób, żeby wyrazić, że ma się wszystkiego dość. 
Estoy hasta la polla- Mam tego powyżej kut*** Jeszcze bardziej dosadny sposób. Kobieta może powiedzieć też: Estoy hasta el coño - Mam tego powyżej cip..
Hiszpańskie wularyzmy i sposoby wyrażanie tego, że ma się czego dość, są doprawdy bogate. Dla filologa, to nie lada gratka pobawić się w tłumaczenie. Estoy hasta la polla del gobierno- Mam dość rządu. Estoy hasta la polla del curro- Mam dość roboty. Wersja lżejsza. Estoy hasta el papo- Jestem powyżej wola( tłumaczenie dosłowne, chodzi o wole u ptaków, patrz lekcje biologii w liceum) albo Estoy hasta el moño- jestem powyżej koka (kok- fryzura). Oba wyrażenia oznaczają, że ma się czegoś dość. 

Jeśli wkurzy cię mężczyzna, możesz go nazwać, w zależności od stanu wkurzenia.
1. cabrón
2. gillipollas
3. hijo de puta, jeśli wkurzy cię bardziej: hijo de la grandisima puta

Cabrón- to tak naprawdę męski odpowiednik słowa cabra czyli koza. Określa się nim człowieka , który średnio cię wkurzył. Wcześniej słowo odnosiło się głównie do niewiernego mężczyzny. Wiadomo skojarzenie z rogami, rogaczem, kozłem...
Gillipollas- w wolnym tłumaczeniu dupek, ale jakby zagłębić się w etymologię... Gilli- pochodzi z arabskiego, oznacza głupka, zaś polla- kut...
Tłumaczyć nie trzeba.
Hijo de puta albo prościej hijoputa- skurywsyn, obelga stała się jednak pieszczotliwa. Ile to razy słyszałam jak dwóch przyjaciół nazywa się tak w żartach "skurwysynem".

Teraz określenia dla kobiet, już żartów tu nie ma.
1.zorra
2.hija de puta
3.cabróna

Obelgi prawie się nie różnią, zmieniają tylko swoją formę. Jedynie zorra- w dosłownym tłumaczeniu lisica, oznacza dziwkę, ku... Pewnie wszystkim znany jest film Zorro ( el zorro- lis).  Zorra jest jego męską formą, lepiej uważać na to słowo!

CDN...


czwartek, 22 października 2015

dwa domy

Mam dwa domy. Jeden jest tu, a drugi jest tam. Wszędzie jestem u siebie i nigdzie nie jestem. Kiedy jestem tu, tęsknię za swoimi starymi ścieżkami, drogami, tak dobrze znanymi, za ludźmi, od zawsze. Za zgnilizną  miasta, za bramami, za dziwadłami na każdym rogu. Tak bardzo nie lubiłam tego miejsca, wiecznie narzekając, a teraz stało się czymś w rodzaju Ziemi Obiecanej, o ironio! Nie lubiłam Łodzi i moja radość była tym większa im dalej byłam od tego miasta. Chyba coś w tym jest, że miejsca, które mamy na co dzień w końcu nam tak zbrzydną. A teraz wszystko przypomina Polskę.
 Zapach koszonej trawy, kojarzy  się z lipcem. Kwitnące lipy, przenoszą do alei obok domu  rodziców. Smaki, zapachy dzieciństwa. Jesienią prażę jabłka z cynamonem, najzwyklejsza szarlotka staje się najlepszym deserem. 

Poczucie dysonansu, które nie towarzyszyło do razu, lecz przyszło  z czasem. Poczucie przynależności do dwóch miejsc, a jednocześnie obcości wszędzie. Kiedy jestem tu, nacisnęłabym guzik i teleportowała się do ojczyzny. Kiedy jestem tam,po pierwszych dniach euforii, wkrada się tęsknota za domem. Za słońcem, za ludźmi i zwyczajami, do których się przyzwyczaiłam i traktuję jak swoje. A dlaczego nie ma wina, a czemu pije się tyle herbaty. Z drugiej jednak strony duma z tego kim się jest i skąd się pochodzi. A jacy moi przyjaciele są inteligentni, a jakie kobiety są ładne. A ile wódek w sklepie, a jakie dobre śledzie. A chleb! Wreszcie chleb! Z czasem jednak nawet chleb przestaje być tak ważny, staje się bardziej symbolem domu, niż towarem "pożądanym" Ziemi Obiecanej. 

Na wszystkie sprawy zaczynasz patrzeć przez pryzmat tego gdzie jesteś i skąd pochodzisz, polityka, które kiedyś doprowadzała cię do czarnej rozpaczy,dziś wydaje się śmieszna. Nagle okazuje się, że wszędzie jest taka sama. Zmieniają się tylko nazwy partii.  Podejście do kwestii pracy też staje się inne, ciężko jest ciągle udowadniać coś, czego inni nie zrozumieją, że będąc emigrantem nie jesteś gorszy niż osoby stąd. W końcu mało kto, tak dobrze jak ty, wie, iż są ważniejsze sprawy: rodzina, przyjaciele. Przyjaciele, grono kilkunastu zmniejsza się do kilku, może trzech, może dwóch. Każdy żyje swoim życiem, a ktoś, kogo rzadko widzimy, czasem staje się nam obcy. Ci, którzy się ostali, są  naprawdę.

Masz dwa domy. Wszędzie jesteś u siebie i nigdzie nie jesteś.


czwartek, 8 października 2015

gorzkie jak opium

Ciągle o nich myślę, o dziewczynach z Afganistanu. O tych, co wybierają życie mężczyzny, żeby być wolne. O tych, które stają się niewolnicami makowych pól. Czasem chciałabym mniej wiedzieć, ignorancja pozwala żyć spokojnie, spać spokojnie. Nie zastanawiać się nad tym, dlaczego ten świat jest tak parszywy. 

I 

W Kabulu jest ich wiele, nikt nie wie dokładnie ile, bo nie sposób tego sprawdzić. Dzięki temu chodzą po ulicy, mogą pracować, iść do sklepu, uprawiać sport, jeździć samochodem. Mowa o bacha posh, dziewczynkach/kobietach przebranych za chłopców. Gdy w rodzinie afgańskiej nie rodzi się ani jeden syn, czasami rodzice decydują jedną z córek wychować na bacha posh. Wtedy pomaga siostrom, nic jej nie grozi, gdy wyjdzie gdzieś, bez towarzystwa przedstawiciela płci męskiej. Proceder ten jest popularny i akceptowany przez sporą część społeczeństwa, z wyjątkiem radykalnych środowisk, a przez talibów jest ścigany. Problem pojawia się, gdy dziewczynka dojrzewa i rodzina każe jej wrócić do bycia kobietą. Niektóre nie chcą się na to zgodzić, inne pod presją, wracają, ale mają świadomość, że zostaną zamknięte w klatce własnego domu,do końca swojej egzystencji. W reportażu, który widziałam, były przedstawione losy dwóch dziewczynek i kobiety. Najmłodsza, raczej bawiła się tym, niż brała na poważnie, średnia , która jest mistrzynią Afganistanu w tenisie, nie chce być kobietą. Preferuje chodzić w przebraniu chłopaka niż przestać móc chodzić po ulicy, grać w tenisa. Najstarsza zrzekła się wszystkiego, co jest związane z egzystencją kobiety, łącznie z życiem osobistym, żeby tylko nie siedzieć w domu. Gdy wraz z przedstawicielkami innych kobiet afgańskich, pojechała do Europy dawać wykłady, nie wytrzymała presji i uciekła z hotelu. Nie chce wrócić do swojego kraju. "Tu mogę być sobą, nikt na mnie nie patrzy,nie ocenia mnie." Jej rodzice zasmucili się tą wiadomością, ale zrozumieli jej decyzję, zwłaszcza, że kilka tygodni wcześniej talibowie włamali się do ich domu, chcąc ją zabić. 

Jak dalece nieszczęśliwi muszą być niektórzy ludzie, zostawiając za sobą całe swoje życie, ojczyznę, rodzinę, ze świadomością, że już może nigdy do niej nie wrócą, bo ich kraj wydaje się gorszy od piekła.

II

Od stuleci  mieszkańcy Afganistanu, tuż przy granicy z Pakistanem, zajmują się hodowlą maków. Z maków wytwarza się opium. Używane są także do produkcji morfiny, kodeiny i heroiny. Tak było, jest i będzie. USA w ramach profilaktyki antynarkotykowej, kazało zniszczyć afgańskie pola makowe. ( Tak na marginesie, gdy jeden z największych banków amerykańskich Wachovia prał miliardy dolarów pochodzących z przemytu kokainy z Meksyku, problemu nie było, problemem są afgańskie maki.) Ludzie hodujący te rośliny żyją tak od lat, maki hodował ich pradziadek,dziadek i ojciec. Sugerowanie im, że mogą tę hodowlę zastąpić zbożem, jest śmiechu warte, ze zboża zysk jest 17-krotnie mniejszy. To nie region, gdzie można iść do pracy do fabryki. To wsie,pola, góry. Tam niczego nie ma. Wielu biednych rolników pożyczyło pieniądze od handlarzy narkotyków, po to, aby zasiać mak i w ten sposób zarobić na życie. Niektórzy mieli pecha, przyszło wojsko i zniszczyło uprawę. Zadłużeni hodowcy mieli ultimatum: oddasz pieniądze ( 20 000 dolarów) albo zabieramy twoją córkę, ewentualnie syna. Taka uprowadzona dziewczynka zostaje często poślubiona jakiemuś producentowi opium i do końca swoich dni, musi dla niego pracować. Dziewczynki, nieraz 12-letnie są torturowane, wykorzystywane seksualnie, stają się niewolnicami. Kobiety, które wiedzą , że ktoś zgłosi się po ich córki w ramach spłaty długu, ukrywają się, uciekają, starają się tego uniknąć. Jeśli dopadnie cię mafia, nie ma litości. 



Reportaż, który widziałam nazywał się "Narzeczone opium", takie rzeczy dzieją się naprawdę, ale mało, kto o nich mówi. Tego typu programy emituje się po 1.00 w niedzielę lub w poniedziałek, żeby za dużo osób ich nie widziało, żeby za dużo nie analizować, nie móc niczego zrobić, nie myśleć. Myślenie boli, boli czasem aż za bardzo. 





czwartek, 1 października 2015

Disfrutar de la vida/Cieszyć się życiem (nie tylko w Hiszpanii)

-Dziś jest wystawa rowerów  w Madrycie, ciekawe ile kosztuje wejście- zaczął bez pytania. 
Czasem podróż pociągiem, urozmaici ci ktoś, kto po prostu chce pogadać, zwierzyć się, opowiedzieć swoją historię. 

-W przyszłym tygodniu jadę do Pamplony, na fiestę San Miguelito. Pokażę wam filmiki z piłki ręcznej,typowej dla kraju Basków. Piłka dużo waży,jak ktoś dostanie nią  w głowę, to koniec-opowieść snuła się i snuła. 
-Wiem, że jestem nudny, macie cierpliwość, że chcecie mnie słuchać. A w ogóle niedługo kupię sobie hulajnogę elektryczną. 
-Hulajnogę elektryczną-zdziwiliśmy się.
-Tak, widziałem w promocji, kosztuje 800 euro. Będę sobie nią jeździł jak pojadę do Barcelony albo Pamplony. Ludzie to mają różne wydatki, rodzinę, zobowiązania, a ja nie.
-To kupujesz hulajnogę-dodałam.
-Tak, kupuję hulajnogę, wszystko,co zarabiam, to wydaję. Zarabiam 1500 euro miesięcznie, zamiatam ulice i wszystko wydaję, a co. Życie jest takie krótkie, trzeba z niego korzystać, wydaję 1500 euro, jeszcze biorę, co trzy miesiące kredyt i też wydaję te pieniądze.Mieszkam z mamą, mama ma 800 euro emerytury i 
-I też to wydajesz?-przerwał Enrique.
-A jak, 200 euro jej zostawiam na drobne wydatki, ale resztę wydaję na swoje potrzeby i mieszkanie, w końcu to ja się nią zajmuję i z nią siedzę, niczego nie będę dawał braciom. A swoje przeszedłem, bo mama miała depresję. Nie mam szczęścia do kobiet, jak byłem młody, to byłem dobrze zbudowany, ale jestem niski, a kobiety lubią wysokich mężczyzn. Co zrobić. Ale się nie przejmuję, mam czas dla siebie, chodzę na fiesty, korzystam z życia. Bycie w związku jest ciężkie, trzeba iść na kompromis, codzienność, kłótnie, wcale nie jest to takie proste, jak mówią moi przyjaciele. Wiem, że w życiu najważniejsze jest disfrutar* i miłość. - zakończył i wyszedł z pociągu. 





*disfrutar- rozkoszować się, korzystać, cieszyć się
Ciężko przetłumaczyć na polski słowo -disfrutar, a szkoda, bo Hiszpanie bardzo często go używają. Oznacza wszystko, co najlepsze, rozkosz, radość ze wszystkiego, korzystanie z czegoś. "Disfrutar de la vida."- Cieszyć się życiem. Bardzo często to słyszę, dużo częściej niż "sufrir"-cierpieć, czy "quejar"-narzekać. Hiszpanii daleko do raju, ale nawet najbardziej smutni i nieszczęśliwi ludzi potrafią zdobyć się na uśmiech i disfrutar de la vida.

W j. hiszpańskim słowo "stara panna" i "stary kawaler" to: soltero. Czyli ktoś, kto jest sam. Nie ma tak negatywnego wydźwięku jak w j. polskim. Dużo jest ludzi, którzy żyją samotnie, bez zobowiązań, bez dzieci. Nie jest to źle widziane. Nie odczuwasz też presji społecznej, z powodu braku męża, żony, dzieci, rodziny. Kiedyś, za czasów Franco, było inaczej, ale dziś faktycznie ludzie żyją inaczej.

wtorek, 29 września 2015

Oslo

W Oslo znalazłam się przypadkowo. Nie jest to miasto na wycieczkę moich marzeń. Tak się składa, że mam tam koleżankę. Koleżanka postanowiła się odezwać i nas zaprosiła. Znając zaproszenia ludzi, zapytałam, czy na pewno możemy przyjechać. Kiedy zabukowaliśmy bilety na maj, okazało się, iż znajoma ciężko choruje i nie jest w stanie nas gościć. Potem ozdrowiała i poleciała w tym terminie do Polski, ale to już inna sprawa. Znaleźliśmy się trochę na lodzie, bo hotele w Oslo, mają horendalne ceny. Najtańszy hostelik, z łazienkę na korytarzu 200 euro za 3 noce. Postanowiłam zatem skorzystać z opcji couchsurfingu. Coś tam musieliśmy zapłacić, około 120 euro w sumie, ale to zawsze 80 euro mniej i dom, więc można zjeść i śniadanie, i kolację. Przed wyjazdem do Norwegii, kupiłam zapasy jedzenia na kolację: szynka, puszka sardynek i ser.
-Kup wino na lotnisku-mówię do Enrique.
Ponieważ Enrique strzelał fochy, niczego nie kupił... ale przezorny zawsze ubezpieczony. Kupiłam litr nalewki ze śliwki tarniny, na wszelki wypadek.

Lądując do Norwegii miałam wrażenie, że ląduję na wulkanie, czarne skały,lasy, lasy, czarne skały. Po odebraniu bagaży, wsiedliśmy do autobusu udając się w stronę naszego lokum. W drodze do domu Enrique stwierdził,że pójdzie do sklepu po piwo. Był czwartek,30 kwietnia, godzina 20:10. Piwa nie kupił, bo po 20:00 nie sprzedaje się w Norwegii piwa alkoholowego. Mówiłam, kup wino...
Jeszcze dobrze nie rozgościliśmy się w kraju Wikingów, a Enrique już był wkurzony. Ceny w sklepie, też go zaskoczyły. Doczłapaliśmy się do mieszkania, gdzie przywitaliśmy się z naszą gospodynią, zjedliśmy kolację w postaci hiszpańskiej szynki, sera i popiliśmy bezalkoholowym piwem. I tu,oto, Enrique przeprosił mnie za to, że skrytykował kupno litra likieru.

Następnego dnia zaczęliśmy zwiedzanie: miasto, Muzeum Wikingów, skansen. Pora obiadu. Nie ukrywam, że zawsze staramy się spróbować lokalnej kuchni i nie szukamy najtańszych knajp w mieście, lecz tym razem... Przeszliśmy się deptakiem, koło portu Aker Brygge,patrząc na lepsze restauracyjki z widokiem na morze. Za byle jaką kolację, z butelką wina, zapłacilibyśmy około 200 euro. Enrique zrezygnował ze spróbowania norweskiej krewetki, ruszyliśmy w poszukiwaniu bardziej ekonomicznej opcji. Jest, bar Malik, tania hamburgerownia, zamówiliśmy po talerzu mięsa hamburgerowego z frytkami plus dwa piwa. 60 euro. 
-Pierdolę, nie będę tu pił piwa za 8 euro-zajęczał Enrique. Idę kupić w sklepie. Spojrzał na zegarek i poszliśmy do sklepu. Był 1 maja, godzina 18:00. Przy kasie dowiedzieliśmy się, że w święta narodowe, w ogóle nie można kupić piwa. Tym razem Enrique podziękował mi za kupno nalewki na lotnisku. Dodam jeszcze, dla niewtajemniczonych, iż cała Skandynawia ma specyficzny system sprzedaży alkoholu. Alkohol, powyżej 6 % czyli wszystko poza piwem, można kupić tylko i wyłącznie w sklepach z alkoholem, zwanych Systembolaget. Skandynawia prowadzi bardzo rygorystyczną politykę antyalkoholową. Trudno zresztą się dziwić, kraje te miały poważne problemy z alkoholizmem. Pędzenie bimbru było zajęciem typowym dla kobiet i  w ten sposób utrzymywały nieraz całą rodzinę.

Kolejnego dnia naszej wycieczki poszliśmy do parku rzeźb ludzkich- Vigeland. Zauważyliśmy, że Norwegowie mają bardzo dużo dzieci, ludzie  w naszym wieku, mieli przynajmniej dwójkę. I dzieci nie wrzeszczały tak jak hiszpańskie bachory.

VIGELAND

Zjedliśmy tradycyjne norweskie jedzenie, ja- śledzie, najlepsze jakie jadłam w życiu-faktycznie. Enrique- boczek z sosem beszamelowym. Do tego zamówiliśmy ziemniaka faszerowanego krewetkami,serem i szynką- też bardzo smaczny.Wieczorem postanowiliśmy,mimo wszystko, iść do norweskiego pubu. Wybraliśmy taki, o którym przeczytałam w internecie, że jest tani. Tanio było,owszem- 6,50 euro za piwo zamiast 8 czy 9. Klientela - średnia wieku 50 lat, niektórzy byli tak nawaleni, jakby wypili z litr wódki, nie 3 czy 4 piwa. Może faktycznie ich genetyka, nie pozwala im tyle pić. W metrze też miałam wrażenie, że wszyscy pijani, nastolatki piły wino z butelki po wodzie. Policja zbierała dwóch panów z ławki. Folklor norweski. W  Hiszpanii pije się dużo i często, od wina do obiadu, po likier po kawie. Nie ma innego takiego miejsca w Europie, gdzie w barze nalewają ci tyle wódki czy dżinu do drinka, ile chcesz, bez żadnych tam miarek. Gdzie narkotyki są dostępne jak cukierki , gdzie sąsiedzi hodują marihuanę na balkonie, gdzie są imprezy, co trwają nieprzerwanie i ze trzy dni,  a nawet w weekend na ulicy nikt nie leży, nikt nie rzyga, nikt nie śpi. Rzadko kiedy ktoś się zatacza. No dobra, zdarza się. Jak to więc jest? 

kolejka do baru z alkoholem

pustki w barze bez alkoholu



Nasz ostatni dzień w Oslo. Spacerujemy, śmiejemy się. Jest 2 maja, godzina 18:10, ha! W końcu uda nam się kupić piwo do kolacji. Idziemy do sklepu. Przy kasie pani oznajmia, że w niedzielę piwa się nie sprzedaje cały dzień. Enrique wścieka się już naprawdę. -Co za kraj? Traktuje swoich obywateli jak głupie dzieci. Co za bzdury. Uśmiecham się, jutro wreszcie będziemy w Madrycie. 
W Norwegii pełno jest takich dziwnych rzeźb, pierdołami, to się zajmują, a piwa nie sprzedadzą, jak powiedział Enrique. :)


P.S.
Z Hiszpanami niełatwo się podróżuje, są bardzo wymagający. Podobają im się kraje, gdzie jest dobre jedzenie i tani alkohol. Pora obiadowa i kolacjowa zajmuje pół wycieczki, bo to nie jedzenie, a celebrowanie posiłku. Lubią jeździć do Włoch. Jeśli ktoś przyjedzie do Polski, to też wyjedzie stąd usatysfakcjonowany. Enrique powiedział, że woli sto razy Łódź, niż Oslo. Ja też, tylko morza mi brak, w Madrycie zresztą również.


Z braku czasu, nie opisałam naszej wizyty w OSLO wcześniej,skorzystam więc z nadmiaru czasu i opiszę zaległe wojaże oraz inne,inniejsze sytuacje.

czwartek, 24 września 2015

polędwiczki z dzika

Powoli lato dobiega końca,jeszcze czuć je w smaku pomidorów, widać w opaleniźnie. Choć w dzień jest gorąco, to noce są chłodne i jesienne. Zawsze tak szybko zleci,  a potem następuje długa i nudna zima. Nie przekonuje mnie wizja kominka,herbatki i śniegu. Zdecydowanie wolę parne noce,  mojito, zapach morza i szum fal. Choć czerwiec, lipiec i połowę sierpnia przeklinałam na czym świat stoi, bo ukochane lato było piekielnie gorące, to i tak dopadała mnie jakaś przedjesienna nostalgia. Summertie sadness jak śpiewa jedna z amerykańskich piosenkarek. Za to w sobotę byłam na weselu i śmiać mi się chce jak sobie je przypomnę, czasem tak niewiele trzeba,aby sobie uświadomić, że ma się szczęście. Szczęście w postaci normalnych przyjaciół na przykład.

Ślub dziewczyny z Katalonii z chłopakiem z Asturias. Większość gości Katalończycy. Mam ochotę napisać coś, co nie przystoi, ale samo mi się nasuwa: snoby albo prościej "wyższa pierdolencja". Ślub wzięli kilka dni wcześniej,więc goście uczestniczyli w samej ceremonii weselnej. Zaczęło się od czekania na dwie osoby, które sporo się spóźniły. 90 osób musi czekać na dwóch gości. Gdyby to była moja uroczystość, nie czekałabym. W końcu przybyli, zatem czas na przemowy. Siostra pana młodego: A właściwie,to nie musieli brać ślubu,mieszkali ze sobą i żyli,ślub nie był im potrzebny. Myślę sobie: a co to za głupi komentarz... Następna przemawia przyjaciółka panny młodej,dowiadujemy się, że świeżo upieczona żona zabroniła na wesele przychodzić  z dziećmi. Takich rzeczy się nie zdradza, a swoją drogą jak się ma przyjaciół, którzy mają dzieci, to nie wypada zabraniać przychodzenia im z ich pociechami... Na końcu przemawiał przyjaciel młodego, jedyny normalny,moim zdaniem. 

Po części oficjalnej,nastąpiła ta nieoficjalna, a najbardziej oczekiwana: jedzenie i picie. Koktajl, czyli drobne przekąski przed daniem właściwym, były bardzo smaczne, aż żałuję, że nie zjadłam więcej, bo kolacja była skromna. Ziemniak z sosem pieczarkowym, a na drugie polędwiczki , które miały być z dzika, a były ze zwykłej świni. Za to dowiedziałam się, iż panna młoda miała szpilki jednego z bardziej znanych projektantów, goście mogą zjeść świnię. Nie czepiałabym się cudzych butów, bo to w czym się staje na ślubnym kobiercu, jest prywatną sprawą, ale jeśli się to podkreśla i tym chwali... podczas gdy na stole zamiast dzika, leży świnia... złośliwość nasuwa się na usta. 

Młoda żonka zajmuje się profesjonalnie modą, zdaje się , że wiele jej koleżanek też. Suknie zaproszonych kobiet były bardzo ciekawe. Od świetnie zaprojektowanych strojów, za które trzeba zapłacić miesięczną pensję, po sukienki, w których,jak się wyraziła moja koleżanka: nie poszłabym nawet po ziemniaki do sklepu. Najciekawiej prezentowała się dziewczyna w różowych włosach,a'la kucyk Pony, do tego dobrała sobie wściekle fioletową suknię,dzięki czemu zyskała ksywkę lombarda (hiszp. kapusta czerwona). Oraz Myszka Miki, czyli całkiem fajnie ubrana kobieta z ogromną, czarną wstążką na głowie. 

Rzadko mi się zdarza nudzić się gdziekolwiek, a już tym bardziej na weselu, ale z całym tym katalońskim towarzystwem wynudziłam się jak mops. Nie dało się tam z nikim porozmawiać. Najnormalniejsi byli przyjaciele pana młodego, ale upili się tak szybko, że nie było szans na nic. Często się słyszy jacy to otwarci są Hiszpanie, a ja po 4 latach mieszkania w tym kraju, powiem, że nie wszyscy. Co więcej , uważam, że są bardzo hermetycznym narodem. Zakochanym w samym sobie i w swoim kraju, co akurat się chwali, bo dzięki temu są szczęśliwym narodem. 

Najsympatyczniejszym gościem okazał się ... Anglik. Właściwie jedyna osoba, z którą szczerze pogadałam. Anglik bardzo krytykował pracę w Hiszpanii i marnotrawstwo czasu na Półwyspie Iberyjskim. Zresztą po 4 latach mieszkania w Madrycie, wyprowadził się do Londynu. Nigdy jeszcze nie byłam na weselu, które nie tylko mnie wynudziło, a jeszcze skłoniło do nieciekawych refleksji na temat gatunku ludzkiego. Cóż, na wesele z Katalończykami nikt mnie już nie namówi! 

I jeszcze jedno na koniec tego złośliwego tekstu, w łazience dla kobiet panna młoda zostawiła koszyczek z przyborami do pielęgnacji typu: pilniczki, plastry, dezodorant, podpaski i szczotka do włosów. Nad ranem nie było ani pilniczków, ani szczotki do włosów, ani dezodorantów. Ciekawe, komu były tak bardzo potrzebne, że wziął je ze sobą. A może ktoś za dużo wydał na markowe buty i zabrakło mu pieniędzy na dezodorant?