środa, 13 stycznia 2016

ból pożegnań

Och, jak bardzo lubimy oceniać innych. Ten jest taki, siaki i owaki. Ta jest za gruba, ta za chuda, ta głupia, ta puszczalska. On za dużo pali, on jest zdradzany, on zdradza. 

Jeden z moich przyjaciół wbrew rozsądkowi ożenił się z Ukrainką, wbrew rozsądkowi, bo prawie się nie znali. Choć poznali się na tyle dobrze, że zdążyli mieć dziecko. Wszyscy stukali się w głowę, odradzali. Nie żeń się, po co ci to. A on i tak zrobił, co chciał. Kobieta przez cały rok nie pojawiła się w Hiszpanii. Najpierw była w ciąży, potem nie mogła przylecieć ze względu na małe dziecko i brak papierów. Papiery i papiery. Taki był rzekomy powód tego, iż nie mogła przylecieć. W końcu, wraz z Nowym Rokiem pojawiła się, ona, córka i jej matka, czyli babcia. Sama nie mogłam uwierzyć, ale ucieszyłam się ze względu na mojego przyjaciela. Córka jest biała jak śnieg i oczy ma niebieskie jak majowe niebo. Znowu pojawiły się komentarze "życzliwych". To nie jego córka, wcale nie podobna, zbyt biała, za jasne oczy. Powinien zrobić testy DNA. Czemu ludzie tak bardzo muszą gadać, jeśli coś nie mieści się w ich schemacie myślenia... 

Poszłam przywitać się z babcią,matką i poznać córkę. Mała, śliczna jak z obrazka. Faktycznie niepodobna do ojca, ale niepodobna też do mamy. Za to cała babcia. 
Ku mojemu zaskoczeniu bez problemu dogaduję się z Ukrainkami. Rozumiemy się perfekcyjnie, więc rozmawiamy. Pani babcia, zadaje mi mnóstwo pytań, pytań świadczących o trosce matki o córkę. Przecież za chwilę pojedzie na Ukrainę i zostawi wnuczkę oraz córkę w obcym kraju. 
- A jak się żyje, czy jest praca, czy jest pomoc, ile lat tu mieszkam, czym się zajmuję. 
Zwykła rozmowa, bardziej szczera niż te, które odbyłam przez ostatnie parę tygodni. Widzę autentyczną, matczyną troskę w jej oczach. 
-Ale zawsze może Pani przylecieć i odwiedzić wnuczkę!- pocieszam ją.
-To nie takie proste, z Ukrainy ciężko jest wyjechać, nie chcą dać wizy.
Słucham tego i nie mogę uwierzyć, że wciąż coś takiego istnieje. Granice. Granice nie do pokonania z powodu jakiś durnych papierów. Matka nie może zobaczyć córki, bo komuś się to nie podoba. Żona nie może pojechać do męża, bo coś nie przypasowało jakiemuś urzędasowi. 
Robi mi się smutno, wyobrażam sobie siebie. Nie mogę zobaczyć matki, a matka nie może zobaczyć mnie, bo jakieś cholerne przepisy. Bo ktoś czuje się carem i mówi ludziom, co mogą, a czego nie.
-Kiedy Pani jedzie do domu?- pytam.
- W przyszły piątek. Będzie mi bardzo smutno. Będę płakała. Mam jeszcze jedną wnuczkę, ale ma już 23 lata, tej maleńkiej mi szkoda.
Nie musi już nic więcej dodawać. Przypomina mi się każde pożegnanie z mamą, jak wyjeżdżam z domu i wracam do Hiszpanii. 

Z czasem można przyzwyczaić się do wszystkiego. Do innego klimatu, do języka, do jedzenia, do ludzi, ale chyba nigdy nie da się pogodzić z tym, że osoba, którą najbardziej kochamy jest tak daleko. Że nikt cię nie ochrzani, że nie powie, że przytyłaś, nie pójdzie z tobą na głupie zakupy, nie napije się wina, nie popilnuje twoich dzieci, nie zaprosi cię na obiad, nie przyjdzie na obiad do ciebie. Jesteś, a zarazem cię nie ma...Mamo.

czwartek, 17 grudnia 2015

Zapach Świąt

Odkąd dowiedziałam się, że sezon na pomarańcze jest zimą, Święta przestały być magiczne. Nie pachną tak jak kiedyś, nie są czymś, na co czeka się przez dwanaście miesięcy. A może po prostu się zestarzałam. 

Co roku czas płynie szybciej, takie odnoszę wrażenie... tak naprawdę już w sierpniu myślę o grudniu. A w grudniu czekam na wiosnę. Wciąż te same czynności, rytułały, obchody, tradycje, urodziny. Wiosna, lato, jesień, zima. Nie ma czasu, żeby się nad tym zatrzymać, choć tak naprawdę nie robi się nic ważnego. 

Pamiętam to oczekiwanie na Wigilię, jak się było dzieckiem. Zjadanie czekoladek z kalendarza adwentowego. Jeszcze tylko dwa tygodnie, tydzień, dzień. Bicie się z siostrą, żeby ubrać choinkę. Zawsze w te same bombki i ozdoby. Minęło już tyle czasu, odkąd zmarła moja przybrana babcia- sąsiadka, a wciąż pamiętam błękitny dzwoneczek, który mi podarowała. Wisi na drzewku, a przynajmniej gdzieś tam jest. Wieczór wigilijny i noc przed, liczyło się godziny,czekało się, żeby już był ten dzień. Zupa grzybowa o bardzo mocnym smaku, kompot z suszu, którego nienawidzę do dziś. Makówki, których nikt nie jadł i łuski karpia pod talerzem. Prezenty raz lepsze, raz gorsze, ale zawsze szczerze dane. Pisanie listów do Mikołaja. Do tej pory mi to zostało.  

Z czasem Święta przestały mieć to coś. Dziecięce oczekiwanie zamieniło się w pogoń za prezentami, spisywanie menu i zakupy. Choinki ubierać się nie chce, gdy w domu nie ma dzieci. Bo trzeba ją przywlec, przetrzeć z kurzu, albo co chwilę pod nią zamiatać.  Potem rozebrać. I tak dalej.  Przy stole brakuje coraz więcej osób i w ten dzień widać to bardziej niż w żaden inny. W Mikołaja też już nikt nie wierzy, za to w pieniądze jak najbardziej. Kolacje ze znajomymi z pracy, choć ich się nie znosi, ale trzeba się pokazać. Świąteczne premie, po to, aby wydać jeszcze więcej pieniędzy na kolejne rzeczy. Nawet śniegu już nie ma. Nic nie skrzypi pod nogami, jest plucha i szaruga. 
Co roku zastanawiam się nad tą magią, gdzie się podziała. Chyba zwyczajnie się postarzałam. 

Teraz  Święta, to  święto z innych powodów, bo to jedyna z nielicznych okazji, kiedy widzę się z rodziną i przyjaciółmi. Święta cieszą, ale zupełnie inaczej. Świętem jest każdy dzień spędzony z kimś bliskim, choć już nie ma tej magii o zapachu pomarańczy i pieczonego ciasta. A może na tym własnie ona polega,  by spotkać się z rodziną i robić to z radością?

sobota, 21 listopada 2015

dzień jak co dzień, zaklinam rzeczywistość

Ani specjalnie ciepło, ani specjalnie zimno. Ani to poniedziałek, ani sobota. Oddychasz spokojnie, miarowo, idziesz ulicą, ktoś biegnie, ktoś się wlecze. Otwierają się piekarnie, do kiosku dostarczane są gazety, pierwsi listonosze idą ze swoimi przesyłkami. Ktoś na pierwszym piętrze kłóci się  z żoną o pierdoły, kogoś na drugim piętrze zwolnią dziś z pracy. Komuś ukradną samochód, a ktoś znajdzie portfel. Spóźnisz się 15 minut, tam gdzie idziesz, bo wrócisz się po dokumenty. Dzięki temu nie wjedzie w ciebie ciężarówka, jeszcze nie dziś. Szef zrobi ci awanturę, bo zapomniałeś wysłać faktury. Wkurzą cię klienci, dostawcy i transportowiec. Wyślesz wszystkich do diabła. Podczas obiadu rozlejesz na siebie sos. Nowa koszula! K....! Na szczęście plama zejdzie szybko i bez problemów. W autobusie będzie tłok, ale za to nie będzie korków. W drodze do domu spotkasz dawno niewidzianego przyjaciela, wstąpicie na piwo, poprawi ci się humor. Dowiesz się, iż X się rozwodzi. Y będzie miała dziecko, a  Z ma romans z dobrze znaną ci osobą. Kupisz kurczaka na kolację, kurczaka i butelkę wina. I mix sałat. Pomyślisz, że znowu zdrożało mięso, ale w końcu pracujesz, stać cię na to. W domu twój partner nie będzie w najlepszym humorze, pokłócicie się, ale zaraz się pogodzicie. Weźmiesz prysznic w czystej łazience, używając dobrego mydła. A potem położysz się w ciepłym łóżku, w czystej pościeli. Otworzysz okno,zaśniesz słuchając kropel deszczu, zaśniesz snem spokojnego.

Nie będzie słychać bomb, nie obudzi cię alarm przeciwlotniczy. Nie będziesz odchodzić od zmysłów zastanawiając się, gdzie podział się twój mąż/syn/kochanek. Czy żyje czy już nigdy go nie zobaczysz. Nie stracisz domu, nie będziesz zmuszony uciekać z niczym. Nie będziesz musiał martwić się o to, skąd wziąć chleb, mięso i mleko. 

Nie będzie czołgów pod twoim domem, ani nie będziesz oglądać trupów pod oknem. Nie będziesz ukrywać się w lesie, ani w piwnicy, nie przypomnisz sobie jak wyglądają dzikie szczury i jak bardzo są niebezpieczne. 

Nie będziesz chodzić z bronią przy sobie, nie usłyszysz strzałów,  a słowo patriotyzm będzie kojarzyło ci się z lekcjami historii. 

W sobotę pójdziesz do baru, żeby się napić, nie będziesz walczyć, nie będziesz się bronić, nie będziesz się chronić. 

Nie będzie słychać bomb, nie zobojętnieje ci zapach zmarłych, trupów, z bladosinymi twarzami, ze zjedzonymi przez koty palcami. Nie będziesz patrzył jak gwałci się kobiety. Jak ginie twój brat. Jak tracisz przyjaciół. 

Nie będziesz żarł trawy z głodu, nigdy nie będziesz głodny.  

Nie będę słyszeć wybuchu bomb, nie będę widzieć czołgów, nie będę bać się karabinów.  Człowiek człowiekowi człowiekiem. 

Nie będzie czołgów, nie będzie bomb, nie będzie wojny.


poniedziałek, 9 listopada 2015

obelgi hiszpańskie cz.1

Se me hincharon los huevos. Jak to przetłumaczyć, to dosłownie znaczy: spuchły mi jaja. Dość dosadny i wulgarny sposób, żeby wyrazić, że ma się wszystkiego dość. 
Estoy hasta la polla- Mam tego powyżej kut*** Jeszcze bardziej dosadny sposób. Kobieta może powiedzieć też: Estoy hasta el coño - Mam tego powyżej cip..
Hiszpańskie wularyzmy i sposoby wyrażanie tego, że ma się czego dość, są doprawdy bogate. Dla filologa, to nie lada gratka pobawić się w tłumaczenie. Estoy hasta la polla del gobierno- Mam dość rządu. Estoy hasta la polla del curro- Mam dość roboty. Wersja lżejsza. Estoy hasta el papo- Jestem powyżej wola( tłumaczenie dosłowne, chodzi o wole u ptaków, patrz lekcje biologii w liceum) albo Estoy hasta el moño- jestem powyżej koka (kok- fryzura). Oba wyrażenia oznaczają, że ma się czegoś dość. 

Jeśli wkurzy cię mężczyzna, możesz go nazwać, w zależności od stanu wkurzenia.
1. cabrón
2. gillipollas
3. hijo de puta, jeśli wkurzy cię bardziej: hijo de la grandisima puta

Cabrón- to tak naprawdę męski odpowiednik słowa cabra czyli koza. Określa się nim człowieka , który średnio cię wkurzył. Wcześniej słowo odnosiło się głównie do niewiernego mężczyzny. Wiadomo skojarzenie z rogami, rogaczem, kozłem...
Gillipollas- w wolnym tłumaczeniu dupek, ale jakby zagłębić się w etymologię... Gilli- pochodzi z arabskiego, oznacza głupka, zaś polla- kut...
Tłumaczyć nie trzeba.
Hijo de puta albo prościej hijoputa- skurywsyn, obelga stała się jednak pieszczotliwa. Ile to razy słyszałam jak dwóch przyjaciół nazywa się tak w żartach "skurwysynem".

Teraz określenia dla kobiet, już żartów tu nie ma.
1.zorra
2.hija de puta
3.cabróna

Obelgi prawie się nie różnią, zmieniają tylko swoją formę. Jedynie zorra- w dosłownym tłumaczeniu lisica, oznacza dziwkę, ku... Pewnie wszystkim znany jest film Zorro ( el zorro- lis).  Zorra jest jego męską formą, lepiej uważać na to słowo!

CDN...


czwartek, 22 października 2015

dwa domy

Mam dwa domy. Jeden jest tu, a drugi jest tam. Wszędzie jestem u siebie i nigdzie nie jestem. Kiedy jestem tu, tęsknię za swoimi starymi ścieżkami, drogami, tak dobrze znanymi, za ludźmi, od zawsze. Za zgnilizną  miasta, za bramami, za dziwadłami na każdym rogu. Tak bardzo nie lubiłam tego miejsca, wiecznie narzekając, a teraz stało się czymś w rodzaju Ziemi Obiecanej, o ironio! Nie lubiłam Łodzi i moja radość była tym większa im dalej byłam od tego miasta. Chyba coś w tym jest, że miejsca, które mamy na co dzień w końcu nam tak zbrzydną. A teraz wszystko przypomina Polskę.
 Zapach koszonej trawy, kojarzy  się z lipcem. Kwitnące lipy, przenoszą do alei obok domu  rodziców. Smaki, zapachy dzieciństwa. Jesienią prażę jabłka z cynamonem, najzwyklejsza szarlotka staje się najlepszym deserem. 

Poczucie dysonansu, które nie towarzyszyło do razu, lecz przyszło  z czasem. Poczucie przynależności do dwóch miejsc, a jednocześnie obcości wszędzie. Kiedy jestem tu, nacisnęłabym guzik i teleportowała się do ojczyzny. Kiedy jestem tam,po pierwszych dniach euforii, wkrada się tęsknota za domem. Za słońcem, za ludźmi i zwyczajami, do których się przyzwyczaiłam i traktuję jak swoje. A dlaczego nie ma wina, a czemu pije się tyle herbaty. Z drugiej jednak strony duma z tego kim się jest i skąd się pochodzi. A jacy moi przyjaciele są inteligentni, a jakie kobiety są ładne. A ile wódek w sklepie, a jakie dobre śledzie. A chleb! Wreszcie chleb! Z czasem jednak nawet chleb przestaje być tak ważny, staje się bardziej symbolem domu, niż towarem "pożądanym" Ziemi Obiecanej. 

Na wszystkie sprawy zaczynasz patrzeć przez pryzmat tego gdzie jesteś i skąd pochodzisz, polityka, które kiedyś doprowadzała cię do czarnej rozpaczy,dziś wydaje się śmieszna. Nagle okazuje się, że wszędzie jest taka sama. Zmieniają się tylko nazwy partii.  Podejście do kwestii pracy też staje się inne, ciężko jest ciągle udowadniać coś, czego inni nie zrozumieją, że będąc emigrantem nie jesteś gorszy niż osoby stąd. W końcu mało kto, tak dobrze jak ty, wie, iż są ważniejsze sprawy: rodzina, przyjaciele. Przyjaciele, grono kilkunastu zmniejsza się do kilku, może trzech, może dwóch. Każdy żyje swoim życiem, a ktoś, kogo rzadko widzimy, czasem staje się nam obcy. Ci, którzy się ostali, są  naprawdę.

Masz dwa domy. Wszędzie jesteś u siebie i nigdzie nie jesteś.


czwartek, 8 października 2015

gorzkie jak opium

Ciągle o nich myślę, o dziewczynach z Afganistanu. O tych, co wybierają życie mężczyzny, żeby być wolne. O tych, które stają się niewolnicami makowych pól. Czasem chciałabym mniej wiedzieć, ignorancja pozwala żyć spokojnie, spać spokojnie. Nie zastanawiać się nad tym, dlaczego ten świat jest tak parszywy. 


W Kabulu jest ich wiele, nikt nie wie dokładnie ile, bo nie sposób tego sprawdzić. Dzięki temu chodzą po ulicy, mogą pracować, iść do sklepu, uprawiać sport, jeździć samochodem. Mowa o bacha posh, dziewczynkach/kobietach przebranych za chłopców. Gdy w rodzinie afgańskiej nie rodzi się ani jeden syn, czasami rodzice decydują jedną z córek wychować na bacha posh. Wtedy pomaga siostrom, nic jej nie grozi, gdy wyjdzie gdzieś, bez towarzystwa przedstawiciela płci męskiej. Proceder ten jest popularny i akceptowany przez sporą część społeczeństwa, z wyjątkiem radykalnych środowisk, a przez talibów jest ścigany. Problem pojawia się, gdy dziewczynka dojrzewa i rodzina każe jej wrócić do bycia kobietą. Niektóre nie chcą się na to zgodzić, inne pod presją, wracają, ale mają świadomość, że zostaną zamknięte w klatce własnego domu,do końca swojej egzystencji. W reportażu, który widziałam, były przedstawione losy dwóch dziewczynek i kobiety. Najmłodsza, raczej bawiła się tym, niż brała na poważnie, średnia , która jest mistrzynią Afganistanu w tenisie, nie chce być kobietą. Preferuje chodzić w przebraniu chłopaka niż przestać móc chodzić po ulicy, grać w tenisa. Najstarsza zrzekła się wszystkiego, co jest związane z egzystencją kobiety, łącznie z życiem osobistym, żeby tylko nie siedzieć w domu. Gdy wraz z przedstawicielkami innych kobiet afgańskich, pojechała do Europy dawać wykłady, nie wytrzymała presji i uciekła z hotelu. Nie chce wrócić do swojego kraju. "Tu mogę być sobą, nikt na mnie nie patrzy,nie ocenia mnie." Jej rodzice zasmucili się tą wiadomością, ale zrozumieli jej decyzję, zwłaszcza, że kilka tygodni wcześniej talibowie włamali się do ich domu, chcąc ją zabić. 

Jak dalece nieszczęśliwi muszą być niektórzy ludzie, zostawiając za sobą całe swoje życie, ojczyznę, rodzinę, ze świadomością, że już może nigdy do niej nie wrócą, bo ich kraj wydaje się gorszy od piekła.

II

Od stuleci  mieszkańcy Afganistanu, tuż przy granicy z Pakistanem, zajmują się hodowlą maków. Z maków wytwarza się opium. Używane są także do produkcji morfiny, kodeiny i heroiny. Tak było, jest i będzie. USA w ramach profilaktyki antynarkotykowej, kazało zniszczyć afgańskie pola makowe. ( Tak na marginesie, gdy jeden z największych banków amerykańskich Wachovia prał miliardy dolarów pochodzących z przemytu kokainy z Meksyku, problemu nie było, problemem są afgańskie maki.) Ludzie hodujący te rośliny żyją tak od lat, maki hodował ich pradziadek,dziadek i ojciec. Sugerowanie im, że mogą tę hodowlę zastąpić zbożem, jest śmiechu warte, ze zboża zysk jest 17-krotnie mniejszy. To nie region, gdzie można iść do pracy do fabryki. To wsie,pola, góry. Tam niczego nie ma. Wielu biednych rolników pożyczyło pieniądze od handlarzy narkotyków, po to, aby zasiać mak i w ten sposób zarobić na życie. Niektórzy mieli pecha, przyszło wojsko i zniszczyło uprawę. Zadłużeni hodowcy mieli ultimatum: oddasz pieniądze ( 20 000 dolarów) albo zabieramy twoją córkę, ewentualnie syna. Taka uprowadzona dziewczynka zostaje często poślubiona jakiemuś producentowi opium i do końca swoich dni, musi dla niego pracować. Dziewczynki, nieraz 12-letnie są torturowane, wykorzystywane seksualnie, stają się niewolnicami. Kobiety, które wiedzą , że ktoś zgłosi się po ich córki w ramach spłaty długu, ukrywają się, uciekają, starają się tego uniknąć. Jeśli dopadnie cię mafia, nie ma litości. 



Reportaż, który widziałam nazywał się "Narzeczone opium", takie rzeczy dzieją się naprawdę, ale mało, kto o nich mówi. Tego typu programy emituje się po 1.00 w niedzielę lub w poniedziałek, żeby za dużo osób ich nie widziało, żeby za dużo nie analizować, nie móc niczego zrobić, nie myśleć. Myślenie boli, boli czasem aż za bardzo. 





czwartek, 1 października 2015

Disfrutar de la vida/Cieszyć się życiem (nie tylko w Hiszpanii)

-Dziś jest wystawa rowerów  w Madrycie, ciekawe ile kosztuje wejście- zaczął bez pytania. 
Czasem podróż pociągiem, urozmaici ci ktoś, kto po prostu chce pogadać, zwierzyć się, opowiedzieć swoją historię. 

-W przyszłym tygodniu jadę do Pamplony, na fiestę San Miguelito. Pokażę wam filmiki z piłki ręcznej,typowej dla kraju Basków. Piłka dużo waży,jak ktoś dostanie nią  w głowę, to koniec-opowieść snuła się i snuła. 
-Wiem, że jestem nudny, macie cierpliwość, że chcecie mnie słuchać. A w ogóle niedługo kupię sobie hulajnogę elektryczną. 
-Hulajnogę elektryczną-zdziwiliśmy się.
-Tak, widziałem w promocji, kosztuje 800 euro. Będę sobie nią jeździł jak pojadę do Barcelony albo Pamplony. Ludzie to mają różne wydatki, rodzinę, zobowiązania, a ja nie.
-To kupujesz hulajnogę-dodałam.
-Tak, kupuję hulajnogę, wszystko,co zarabiam, to wydaję. Zarabiam 1500 euro miesięcznie, zamiatam ulice i wszystko wydaję, a co. Życie jest takie krótkie, trzeba z niego korzystać, wydaję 1500 euro, jeszcze biorę, co trzy miesiące kredyt i też wydaję te pieniądze.Mieszkam z mamą, mama ma 800 euro emerytury i 
-I też to wydajesz?-przerwał Enrique.
-A jak, 200 euro jej zostawiam na drobne wydatki, ale resztę wydaję na swoje potrzeby i mieszkanie, w końcu to ja się nią zajmuję i z nią siedzę, niczego nie będę dawał braciom. A swoje przeszedłem, bo mama miała depresję. Nie mam szczęścia do kobiet, jak byłem młody, to byłem dobrze zbudowany, ale jestem niski, a kobiety lubią wysokich mężczyzn. Co zrobić. Ale się nie przejmuję, mam czas dla siebie, chodzę na fiesty, korzystam z życia. Bycie w związku jest ciężkie, trzeba iść na kompromis, codzienność, kłótnie, wcale nie jest to takie proste, jak mówią moi przyjaciele. Wiem, że w życiu najważniejsze jest disfrutar* i miłość. - zakończył i wyszedł z pociągu. 





*disfrutar- rozkoszować się, korzystać, cieszyć się
Ciężko przetłumaczyć na polski słowo -disfrutar, a szkoda, bo Hiszpanie bardzo często go używają. Oznacza wszystko, co najlepsze, rozkosz, radość ze wszystkiego, korzystanie z czegoś. "Disfrutar de la vida."- Cieszyć się życiem. Bardzo często to słyszę, dużo częściej niż "sufrir"-cierpieć, czy "quejar"-narzekać. Hiszpanii daleko do raju, ale nawet najbardziej smutni i nieszczęśliwi ludzi potrafią zdobyć się na uśmiech i disfrutar de la vida.

W j. hiszpańskim słowo "stara panna" i "stary kawaler" to: soltero. Czyli ktoś, kto jest sam. Nie ma tak negatywnego wydźwięku jak w j. polskim. Dużo jest ludzi, którzy żyją samotnie, bez zobowiązań, bez dzieci. Nie jest to źle widziane. Nie odczuwasz też presji społecznej, z powodu braku męża, żony, dzieci, rodziny. Kiedyś, za czasów Franco, było inaczej, ale dziś faktycznie ludzie żyją inaczej.