piątek, 21 grudnia 2018

Turrón- hiszpańska słodkość na Boże Narodzenie

Turrón to mieszanka migdałów, miodu i cukru. Słodki blok, sprzedawany w okresie świątecznym, potem niestety znika z półek i trzeba na niego czekać cały rok! Podstawowe rodzaje turrona to turrón blando (miękki) i turrón duro (twardy). Ten tradycyjny jest właśnie taki migdałowy, ale powstało całe mnóstwo odmian tej słodkości, o smaku śmietankowym, kokosowym, truskawkowym, czekoladowym, whisky, pralinowym, orzechowym.

turrón duro (twardy)


Istnieją dwie teorie na temat pochodzenia tego przysmaku. Pierwsza mówi, że na pomysł jego wytworzenia wpadli Arabowie, chodziło o zrobienie czegoś, co nie psuje się podczas transportu. Jedzenia zarówno energetycznego jak i trwałego. Druga teoria mówi o XVI wiecznym cukierniku z Barcelony o nazwisku Turró, który szukał pożywienia kalorycznego w czasach głodu. Czegoś stosunkowo łatwego do wyprodukowania. 
Aczkolwiek mieszkaniec Jijony, Fernando Galiana, który poświęcił wiele lat na studiowanie pochodzenia turronu i jego nazwy, doszedł do innego wniosku. Torrat to słowo określające mieszankę bakalii i miodu gotujących się na wolnym ogniu, stąd wziął się wyraz turrón, według Fernanda.

turrón miękki, twardy i zrobiony z żółtek


Ta hiszpańska słodkość jest chroniona prawnie, nazwa turrón może zostać użyta tak naprawdę tylko dla delicji pochodzących z Alicante i przede wszystkim z Jijony. Co prawda w Szwajcarii istnieje coś podobnego, ale pod nazwą nugat. Wyjątkowości temu pożywieniu nadaje fakt, iż jest on głównie produkowany od września do grudnia i sprzedawany tylko w okresie świątecznym. Skąd to wynika? Głównie z tradycji, lecz także migdały i miód były towarem drogim, luksusowym, odświętnym. 

W najsłynniejszym dla turronów mieście Jijonie krąży nawet legenda dotycząca pochodzenia tej migdałowej mieszanki. 
"Dawno, dawno temu hiszpański król wziął ślub ze skandynawską księżniczką. Księżniczka czuła się smutna, z dala od swojej ojczyzny i widoku ośnieżonej krainy. Król, chcąc ją rozweselić, kazał posadzić setki drzew migdałowych. Dzięki temu, gdy kwitły, przypominały ośnieżone pola. Mieszkańcy Jijony co roku zbierali migdały i nauczyli się przyrządzać z nich najsławniejszy świąteczny smakołyk."

kwitnące migdałowce


Jeśli będzie mieli okazję być w Hiszpanii w grudniu, koniecznie spróbujcie turrona! A latem lodów o tym smaku. Bardzo osładzają życie. 

czwartek, 13 grudnia 2018

cocido madrileño- hiszpańskie danie na trzy obiady

Cocido madrileño, to mało znane poza Hiszpanią, a tak naprawdę jedno z najważniejszych dań kuchni Madrytu. Spożywane przede wszystkim zimą, bo mocno rozgrzewa. Jego głównymi składnikami są: ciecierzyca, warzywa (ziemniaki, kapusta, marchewka, por, seler) oraz mięsa (kurczak, wołowina, kawałek boczku, chorizo, morcilla- kaszanka, kość z szynki). 

Cocido to potrawa z kuchni slow food. Gotuje się je długo, z namaszczeniem i równie długo się je spożywa. Etap pierwszy to zjedzenie zupy, wywaru. Podobna jest w smaku do rosołu, dla lepszego trawienia dodaje się odrobinę suszonej mięty, podaje się z cienkim makaronem. Etap drugi to wyłowienie ciecierzycy i warzyw, konsumuje się je na innym talerzu, często z utartymi w moździerzu pomidorami z dodatkiem kminu rzymskiego. Do tego można podgryźć ostrą, marynowaną papryczkę. Faza trzecia, ostatnia, to jedzenie mięsiwa, o ile jeszcze chce się jeść... Kawałek kiełbaski, kurczaka, obgryzanie kości. 

domowe cocido 

Krąży legenda, że pod koniec XIX, na początku XX w. w Madrycie byli ludzie, którzy zajmowali się wypożyczaniem kości. Chodzili od baru do baru i wkładali na jakiś czas kość do zupy, aby nabrała smaku i aromatu. 

Ale! To nie koniec konsumpcji cocido. Na drugi dzień, podgrzewa się resztki mięsa i kiełbasy, na patelni z cebulką i dalej się je. Strawa ta nazywa się "ropa vieja" (dosłownie: stare ubranie). Natomiast z kawałków szynki robi się hiszpańską wersję krokietów. Krokiety są malutkimi kuleczkami, z dowolnym nadzieniem i beszamelem. W tym wypadku nadzienie jest o smaku szyneczki, ale krokiety mogą być ze szpinakiem, grzybami, rybą. Niektórzy z mięsa, które pozostało robią taki jakby kotlecik, zwany "pelota" (dosłownie: piłka). Kawałki rozdrobnionego mięsa obtacza się w bułce, z jajkiem i smaży na oleju, następnie wkłada się tę kuleczkę do wywaru, aby nabrała aromatu...

krokiety z szynką

Gdzie zjeść dobre cocido w Madrycie?
Najpopularniejsze miejsca to: 
1. La Bola, calle de la Bola 5, 
2. Malacatín, calle de la Rueda 5, 
3. La Gran Tasca, calle de la Sta. Engarcia, 161 
4. Restaurante Los Galayos, calle de Botoneras, 5.

W latach 50' powstała nawet piosenka oddająca hołd tej potrawie. Pod tytułem:
"Cocidito madrileño". (https://www.youtube.com/watch?v=TM6UvitjQXg)

Odważycie się spróbować najpopularniejszego dania Madrytu? 




wtorek, 11 grudnia 2018

Nie odpuszczam, biegnę dalej!

Brzuch i ja. Średnio się lubimy. Nieustanna walka. Dwa kilo mniej, trzy kilo więcej. Brokuł zamiast sera. Fasolka zamiast czekolady. Treningi, pilnowanie wagi, formy, cellulitu. Zmuszanie się do wyjścia na spacer w niepogodę, gdy wiatr, deszcz, zimno. Gdy gorąco.

Idę, biegnę, płynę, nie odpuszczam. 
Znacie tę sytuację? Jeśli tak, to gratuluję, należycie do grona osób dbających o siebie. Gdy nie masz już 20 lat, nie da się ukryć, to już tak nie funkcjonuje, że wyglądasz szczupło i atrakcyjnie nic nie robiąc. O nie! Teraz nad kondycją i wyglądem trzeba się sporo napracować. Metabolizm po 30 roku życia mocno zwalnia. Po 40 jeszcze bardziej. Kobiety, które urodziły dzieci mają jeszcze gorzej, ciąże, burza hormonów, ciało zmienia się już trochę na zawsze. 

Czy w związku z tym masz sobie darować? Zgonić swoje zaniedbanie na dzieci? Lub usprawiedliwiać się brakiem czasu? "Nie mam czasu na dietę, nie mam czasu na sport." A tu nawet 20 minutowy spacer to już jest coś. Nawyk, rutyna, muszę coś zrobić, choć przez chwilkę poćwiczyć. Pamiętaj, kiepski moment na ruch dziś, to na stare late dobry moment na pójście do lekarza ortopedy.

"Mam dobrą, mam złą genetykę." To też często słyszę. Mam złą genetykę- cokolwiek bym nie robiła, to będę gruba. Mam dobrą genetykę- hulaj dusza, piekła nie ma. Cokolwiek bym jadł i pił i tak dobrze wyglądam. Może na zewnątrz tak, ale środku... to już różnie bywa. 


Brak czasu, zła pogoda, dzieci, genetyka. Jakie macie jeszcze wymówki?
Zbliżają się Święta, chwile siedzenia przy stole, epoka kulinarnych grzechów, nadużywania alkoholu. Niektórzy już na poczet tego, na początku grudnia rezygnują z ruchu i zdrowego jedzenia, bo i po co, skoro zaraz Święta. Zacznę się odchudzać po Nowym Roku... ale czy oby na pewno?

Piszę ten tekst jako zwykła osoba, nie zajmuję się profesjonalnie dietą, ani sportem. Nie jestem też Miss Universe, ale nie wyglądałbym też tak jak wyglądam, gdyby nie ta codzienna walka. Walka z własnymi słabościami (kawałek ciasta, nic się nie stanie), demonami (jestem, nie jestem gruba), lenistwem (niedziela, wolę poleżeć z książką, ale jednak idę na rower), usprawiedliwieniami (zostanę w domu, bo wieje wiatr). To walka, bo jestem tylko człowiekiem i czasem mi się nie chce. Mam chwilę zwątpienia, w to, co ćwiczę, w to, co robię. Ale w końcu zawsze wygrywa moja silna wola. Nie poddaję się, trenuję, idę, biegnę, podnoszę sztangę, jadę na rowerze, pływam...


wtorek, 4 grudnia 2018

Żałuję, że mnie tam nie ma...

Są takie dni, że jestem tu tylko ciałem, duchem jestem gdzie indziej. W ojczyźnie. W rodzinnym mieście. Pod starym trzepakiem obok domu rodziców.

Mieszkanie poza swoim krajem ma swoje ciemne strony, o których rzadko ci ktoś powie i nie zrozumiesz tego, dopóki sam nie zaczniesz żyć takim życiem. 
W dni powszednie nie zastanawiasz się nad tym, bo nie ma ani czasu, ani potrzeby. Gorzej, gdy nadarzy się jakaś specjalna okazja. Święta, urodziny, imieniny, rocznice. Wesela, pogrzeby. Nie zawsze można wsiąść w samolot i być na miejscu. Ze względu na odległość, brak czasu, brak pieniędzy. 



To ciągłe wybory między czymś ważnym, a ważniejszym. Między tym, kto się na Ciebie obrazi, a kto bardziej cię zrozumie. Różne wydarzenia przeciekają ci przez palce i jedynie niemyślenie o nich sprawia, że nie czujesz się źle. Urodziny mamy, urodziny siostry, Dzień Matki, Dzień Babci. Rocznica ślubu, ślub, na który nie dasz rady przyjechać. To jednocześnie smutek, wyrzuty sumienia jak i czasem złość. Złość, bo ktoś oczekuje przeprosin czy usprawiedliwienia. Bo kogoś zawiodłeś. Nieważne, że chodzisz w takie dni jak zombie, bo na odległość nic nie możesz zrobić. 

Nie uściskasz babci, która kończy 85 lat i nie wiadomo jeszcze, ile razy będzie świętować swoje urodziny. Nie pójdziesz do kawiarni z mamą, ani w Dzień Matki, ani w jej urodziny, ani nawet w zwykły weekend. Ba, nawet się z nią nie zdążysz pokłócić, obrazić, przeprosić. Nie da rady być przy dziadku w dniu jego operacji, ani nawet tydzień po. Nie możesz być z przyjaciółką, gdy rodzi się jej pierwsze dziecko, ani gdy innej, ciężko chory syn, leży w szpitalu. Nie upijesz się z przyjacielem z okazji jego awansu, ani nie przytulisz go, żeby pocieszyć po śmierci ojca. 

I choć twoje życie jest już daleko od tego, co tam... to pewne rzeczy się nie zmieniają. Ludzie bliscy są bliscy nadal albo nawet ważniejsi, bo dopiero dystans uświadamia ci, jak bardzo są istotni. Walczysz z tęsknotą, wyrzutami sumienia i jednocześnie masz prawo do życia tam, gdzieś chcesz, z kim chcesz i jak chcesz. 



Do tego dochodzi dziwny sposób rozumowania niektórych ludzi. "Mieszka za granicą, to na pewno ma lepiej." Więcej zarabia- w przypadku Szwecji. Ma lepszy socjal- w przypadku Anglii. Ma więcej słońca- w przypadku Włoch. "Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma." Jak ktoś kiedyś mądrze powiedział... 

Z jednej strony to miłe, gdy ktoś pyta się ciągle, kiedy przyjedziesz, a z drugiej strony, to równie miłe jak ktoś pofatyguje się, żeby cię odwiedzić albo przynajmniej zadzwonić. (W Europie nie ma już praktycznie roamingu!) Samoloty latają w obie strony dokładnie tak samo. I jeśli to ten sam kontynent, ceny też nie są horrendalne. 

Mijają lata i zarówno tu jak i tam, czujesz się jednocześnie u siebie i nie u siebie. Czasem jesteś tu tylko ciałem, a gdzieś tam, w odległej galaktyce duchem.