środa, 6 lipca 2016

od A do Z

Codzienność, nuda. Rutyna. Czynności od A do Z. Pieprzony jogurt na śniadanie, albo banan. Praca. Nauka. Sport. Obiad, drzemka, kolacja. Zakupy, gotowanie. Sranie. Prysznic. Zakupy. Wynieś śmieci. Dziś poniedziałek, wypierz rzeczy kolorowe. Dziś wtorek, wypierz rzeczy czarne. Czwartek prasowanie. Kolacja z przyjaciółmi. Serial. Piątek, wino,  szum w głowie. Film i sen. Weekend. Trochę spokoju. Seks? Dwa drinki, może trzy. Kac. Obiad. Znowu niedziela. WitaminA B12. Paracetamol. Gdzie się podział ten tydzień?


Jogurt na śniadanie. Banan? Łapię autobus, nie łapię. Nudzę się  w pracy. Nie pracuję, jestem znudzona jej szukaniem. Mój facet to dupek. Nie mam nikogo, zawsze jestem sama. Nie mam pieniędzy. Nie wiem już co robić  z pieniędzmi, brakuje mi dziwek, którym chciałbym zapłacić.  Tak bardzo chciałabym mieć dziecko, odmieniłoby moje życie. Ku...., nie daję już rady z piątką bachorów. Dałbym wszystko, żeby mieć więcej czasu. Dałbym wiele, aby więcej zarabiać, na nic mi nie starcza. 


Ile jeszcze zostało mi dni? Zdążę zobaczyć kwitnące bzy? Chciałbym zobaczyć je ostatni raz. Kiedyś myślałem, że wszystkie moje problemy skończą się jak zostanę dyrektorem X, a tu życie potoczyło się inaczej. Nie mam dziś ani pieniędzy, ani zdrowia. Miałem nadzieję, że jak ona mi wybaczy, wszystko potoczy się inaczej, a tu nic nie będzie już tak jak dawniej. 

-Kocham Cię, bardzo Cię kocham. Jutro idę na wieczór kawalerski, wrócę za dwa dni, zostaniesz sama.
-Proszę Cię zostań ze mną, tak rzadko jesteśmy razem. 
-Nie, idę. Nie przesadzaj.
Ciągle mówi mi, że mnie kocha. Niby niczego mi nie brakuje. A jednak, ciągle jestem sama. Jak nie praca, o co oczywiście nie mogę mieć pretensji, to impreza, jak nie impreza, to delegacja, jak nie delegacja, to wieczór kawalerski. Jestem sama i nawet to lubię. Mam czas dla siebie, na swoje hobby, zachcianki, biżuterię, perfumy. Chyba powinnam być szczęśliwa, w końcu niczego mi nie brakuje. Twoja praca, twoje pieniądze, twoje decyzje. Tak, tak kochanie, może być. Tak, tak kochanie, nie przejmuj się. Tak, tak kochanie, ja to zrobię, ty odpocznij. Tak, tak kochanie, nie musimy o tym dziś rozmawiać. Tak, tak kochanie. Wszystko jest dobrze, ciągle jestem sama, w końcu do wszystkiego się można przyzwyczaić. 

Zrezygnowałam z kariery dla swoich dzieci, ciągle tylko był dom. Obiadki, sratki. Pranie i sprzątanie, wysyłanie dzieci do szkoły, potem ich studia, nauka. Książki, biblioteki, korepetycje. Praca męża. Wspieranie wszystkich od rana do wieczora. Lubiłam rysować. Zostawiłam to, bo zwyczajnie przestało mi starczać na to czasu. Obiadki, sratki. Korepetycje, angielski, gra na gitarze, pianino. Dzieci dorosły, maż się zestarzał. Żadne do mnie nie dzwoni, a jak już zadzwoni, to rozmowa jest bardziej sucha niż sierpniowa trawa. Jak się masz mamo? Wszystko Ok?

Dlaczego nigdy nie chcesz ze mną rozmawiać? Wiesz, że nie wszystko jest na wieczność? Dziś jestem twoja i pijemy razem kawę, kochamy się, kłócimy. Sprawy, które wydają ci się tak oczywiste, jak pocałunek na dobranoc, przestają być oczywiste. Nie patrzymy sobie w oczy. Nie słuchamy się nawzajem. Nie chcę już głaskać cię po karku , tak jak ty przestałeś troszczyć się o mnie. Nie pytasz nawet z kim wychodzę i kiedy wrócę. Już nie mówimy w naszym języku. Nie mówimy w żadnym, oprócz języka pretensji i żalów. Rutyna, codzienność, nuda.  Czynności od A do Z. Rzeczy, które chronią nas od szaleństwa, bo w nich znajdujemy sens. A, B, C, D. Wstaje dzień, świeci słońce, zapada zmierzch, pada deszcz. Czynności do A do Z. Codziennie nas ocalają, ale też sprawiają , że nie potrafimy wyjść poza schemat, zapominając dlaczego coś robimy. Dlaczego głaszczę cię po karku? Dlaczego całuję cię na dobranoc?

I nagle wypadam z tej karuzeli, ze spirali, z rutyny, nudy, dzieje się coś, niekoniecznie z pozoru dobrego, ale wypadam. Upadek boli, a im szybciej kręci się karuzela, tym bardziej. Ktoś wylewa kubeł zimnej wody. Twoje życie nie musi tak wyglądać, może przestało bawić cię jedzenie bananów na śniadanie, a może rzygać ci się chce od lekcji pianina, od potakiwania mężowi, od głaskania po karku, gdy nic nie czujesz? A może skończył ci się już paracetamol. 




środa, 22 czerwca 2016

mniszki i mlecze

Gdyby nie on, nadal nie rozróżniałabym mlecza od mniszka lekarskiego. Nie wiedziałabym też, że jedną z pierwszych roślin, jakie pojawią się wiosną w Polsce, jest złoć żółta. Ani czym jest laminacja, ani  że zapach skoszonej trawy można sprowadzić do jednego tylko słowa - kumaryna. 

Dzięki niemu znam wszystkie nazwy drzew, roślin, zwierząt i mnóstwo interesujących faktów o świecie, które moim słuchaczom otwierają gały ze zdziwienia, ale nijak pomagają mi w życiu. Na niewiele w praktyce zdaje się nauka i zainteresowanie tym, co cię otacza, jedynie możesz zostać uznany za świra. Na niewiele zdaje się też uczciwość i bycie honorowym, które się od niego nauczyłam. Lepiej by było wiedzieć jak zrobić oszałamiającą karierę i zarabiać kupę pieniędzy. Było by łatwiej znosić porażki, iść po trupach do celu, umieć wyciągać korzyści dla siebie. A tu jednymi z ważniejszych rzeczy, które nauczyłam się od ojca, jest ciekawość świata, zamiłowanie do czytania, uczciwość, a  i jeszcze jedno- złośliwość połączona z sympatią tylko do wybranych ludzi i antypatią do kretynów, debili, buców i baranów. 

Pamiętam jak bardzo denerwowały mnie jego liczne uwagi i pouczenia: "Nie tym nożem kroi się chleb.", "Czemu ubrałaś się tak na czarno? Co to żałoba?", "Masz za duży dekolt, za bardzo się wymalowałaś", "Za bardzo się wyperfumowałaś", "Czemu tak późno chodzisz spać,czemu tak długo śpisz?", "O której wrócisz?" ( pytanie nadal się pojawia, mimo iż skończyłam już 30 lat), "Tylko wiesz, nie przesadź z alkoholem" i moje ulubione, mówione do mnie i do siostry: "Dziewczynki, idziemy spać."

Słowa powtarzane jak zaklęcia, które miałyby ochronić ode złego. Dziś wspominam je z uśmiechem na ustach, bo teraz nikt się tak o mnie nie martwi. 

Kiedy miałam 10 lat myślałam, iż inaczej będę wychowywać swoje dzieci, że nie chciałabym być ani taka jak mój ojciec, ani jak moja matka. Dziś wiem- jestem do niego podobna bardziej niż mi się wydaje. Z perspektywy czasu dostrzegam również wszystko, co dla mnie zrobili rodzice i życzyłabym wszystkim mieć taką rodzinę. Nie zamieniłabym mojego taty na żadnego innego, nawet gdyby inny nauczył mnie lepiej radzić sobie w życiu. W końcu w dużej mierze, dzięki mojemu ojcu, jestem dziś kim jestem. I jako nieliczna odróżniam mniszki od mleczy. 

piątek, 22 kwietnia 2016

kryzys 30-latki

-Planujecie dziecko?/ Kiedy będziecie mieć dzieci?
Nic mnie tak nie wkurza jak tego typu pytania, nie obchodzi mnie kto je zadaje. Po prostu mnie denerwują, bo czuję się winna, kiedy je słyszę. 
Albo: ile masz lat? 30? A to masz jeszcze 3 lata. 
Mam albo nie mam, myślę wtedy. 

Z tego, co pamiętam, nigdy nie chciałam mieć dzieci. Nie wiem czemu, ale wizja ta mnie przerażała od zawsze. Myślałam, że z wiekiem mi przejdzie, a tu jest "coraz gorzej". Z każdym dniem bardziej utwierdzam się w swoim przekonaniu i wyborze. Nie czuję się ani niespełniona, ani gorsza, bo nie mam dzieci i w ciągu najbliższych 5 lat ich nie planuję. A jednak coś jest nie tak. Coś nie pozwala mi do końca cieszyć się moim spokojem. 

-Jak skończyłam 30 lat, pojawił się mały kryzys- zwierzyła mi się ostatnio 31- letnia hiszpańska koleżanka.
- U mnie też- stwierdziłam ze smutkiem.
-Wiesz, że to nie przez nasze zmarszczki, ani inne pierdoły, świadomie lub podświadomie myślimy o naszym zegarze biologicznym. O tym, że zostało nam niewiele czasu, jeśli chciałybyśmy mieć dziecko.
Wzdycham i potwierdzam. Facetowi wszystko jedno, kobiecie nie.

Czy gdyby nie presja społeczna, w ogóle byśmy o tym myślały? Przejmowały się? Czy gdybym nie widziała dzieci moich koleżanek, też tak często bym o tym myślała? Nie wiem...
Znam dużo kobiet, które nie lubią dzieci, sporo, które nie chciały długi czas, a potem, gdy urodziły, oczywiście oszalały na ich punkcie. Sporo też takich, które żyją tylko dla 10 swoich dzieci.

Pamiętam moją rozmowę z jeszcze jedną koleżanką 2 lata temu. 
- Chcesz mieć dzieci?- zapytała.
-Yyyy nie wiem, właściwie to za nimi nie przepadam.
- Ja też nie, prędzej podejdę do psa, niż do dziecka, poza tym nie chcę ani porodu, ani karmienia, ani niczego w tym rodzaju. I co się stanie z moim ciałem?
Co za ulga, wreszcie ktoś powiedział to wprost. Może za 10 lat zmienimy zdanie, ale może nie?  W końcu mogę z kimś porozmawiać bez głupiego usprawiedliwiania się. Nie jestem jedyna, hurra! 

Nie chcę mieć dzieci, choć uwielbiam dzieci moich przyjaciół i uważam, że są najcudowniejsze na świecie. Lubię kupować im ubrania, książki i nic nie sprawia mi takiej radości jak ich uśmiech, ale... nie czuję się gotowa na to by sama być matką i nie wiem czy to się zmieni z dnia na dzień. Nie jestem przez to mniej kobietą, niż ta która ma dwójkę dzieci, czy dziesiątkę. Ani ta, która by chciała, a zwyczajnie nie może... Nie sądzę też, iż 30- latka, która nie urodziła pierwszego dziecka powinna czuć się wybrakowana. Niestety społeczeństwo daje ci odczuć coś innego. 

Takim samym szacunkiem mogę darzyć bezdzietną kobietę, samotną matkę, jak i rodzicielkę piętnastu. Każda z nas jest inna, każda z nas dokonała swojego wyboru.



Z dedykacją dla polskich kobiet. Dziewuchy dziewuchom! Róbcie swoje. 

czwartek, 10 marca 2016

kobiety zapomniane przez Boga

"-Udaje mi się połączyć karierę sportowca z rolą matki."- powiedziała jedna z atletek przygotowująca się do występu w olimpiadzie. Na co oburzył się Enrique, mówiąc, że mężczyznom też się udaje i nigdy się o tym nie mówi. W związku z czym oburzyłam się ja. 

 Kariera i wychowanie dzieci w Hiszpanii to fikcja. Co zrobisz z czteromiesięcznym dzieckiem? ( Urlop macierzyński trwa 3 miesiące) Wrócisz do pracy? A jak wrócisz, to ci zredukują godziny, a potem zwolnią. A jak wychowywać dzieci kiedy się pracuje od 9.00 do 19.00, mało tego czasu zostaje. 

 Zresztą to nie tylko problem Hiszpanii, ale wielu krajów. I nie zgadzam się, że problem dotyczy mężczyzn. Głównie dotyczy kobiet. Niestety. Jeszcze nie słyszałam o zwolnieniu faceta, bo został ojcem.

 We wtorek był Dzień Kobiet,  w Hiszpanii mało się go obchodzi, a szkoda, bo "maczyzm" w tym kraju ma się dobrze, aż za dobrze. 
Patrząc jednak z perspektywy bardziej globalnej płci pięknej w Europie żyje się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Owszem, wciąż zarabia dużo mniej od mężczyzn na tym samym stanowisku, poświęca przeciętnie 2 godziny więcej w ciągu dnia na prace domowe i opiekę nad dziećmi, ale jednak. Dostęp do nauki, służby zdrowia, antykoncepcji,  jako taka wolność decydowania o sobie, możliwość wyboru partnera,  miejsca pracy, zamieszkania itd. 

Rzeczy, które wydają się nam, Europejkom, tak oczywiste, dla wielu kobiet na świecie są nierealne. Na przykład to, że czytasz ten tekst- masz szczęście, bo po pierwsze umiesz czytasz, po drugie posługiwać się komputerem. Kiedy myślę sobie, gdzie nie chciałabym być kobietą, to pierwsze co mi przychodzi na myśl to Afganistan, potem Filipiny, Indie oraz kilka państw afrykańskich. W sumie dodałabym jeszcze Brazylię, Meksyk i Amerykę Środkową. Pomijam Koreę Północną, bo tam w ogóle nie chciałabym się urodzić pod żadną postacią.

 Szczególnie "bliskie" są mi kobiety z Afganistanu, bliskie, bo dużo o nich czytam i paranoja rozsadza mi głowę od środka. Jak to możliwe, że jest rok 1996 i do kraju wkraczają talibowie, aby zaprowadzić swoje porządki. Pierwszą rzeczą, którą robią są zmiany w telewizji, zwolnienie ładnych prezenterek, zatrudnienie brzydkich i starych, upolitycznienie wiadomości, programów, wszystkiego. Bzdura? Bzdura, ale od tego się zaczęło. Potem zakazy, tysiące zakazów, zakaz wychodzenia kobiecie z domu bez towarzystwa mężczyzny, co za tym idzie, zakaz jechania taksówką samej. Zakaz wesel, hucznej muzyki, filmowania, posiadania kamery, zakaz malowania paznokci, zakaz słuchania radia. Zakaz nauki dla kobiet, wszelkiego rodzaju nauki, nawet czytania, zakaz wykonywania zawodu kobietom lekarzom, zakaz pójścia do lekarza innego niż kobieta -kobietom. Masz gorączkę, zapalenie migdałków- nie możesz wziąć nawet głupiej aspiryny, bo nikt ci nie wypisze recepty, ponieważ jako kobieta nie możesz iść do lekarza niekobiety. 

Nie bez powodu, w Afganistanie, współczynnik śmiertelności wśród noworodków i młodych matek był i nadal jest jednym z najwyższych na świecie. Powołanie Komisji [sic!] do spraw promowania cnoty i zapobiegania występkom, która biła, kamieniowała i wieszała kobiety za nic. Zresztą nie tylko kobiety. Nie burka była największym problemem w tym kraju. Choć obowiązek noszenia burki, również wprowadzili talibowie, musiała być obowiązkowo niebieska, za białe burki, mogłaś być surowo ukarana, łącznie  z powieszeniem. Teoretycznie od 2003 r. talibowie nie rządzą już Afganistanem, jednak praktycznie nadal tam są i mają się dobrze. Nie kwiatów, a wolności życzyłabym afgańskim kobietom, dostępu do edukacji i  służby zdrowia.

Filipiny, rok 2000 któryś tam... jeden z najbardziej chrześcijańskich krajów w tym regionie, 14-letnie dziewczynki rodzą dzieci, które nigdy nie będą miały szansy na normalne życie, bo rodzą i umierają się w najgorszych slumsach. Ze slumsów nigdy się nie wydostaniesz, tam przyjdzie ci żyć, rozmnażać się i umierać. Kościół powtarza wciąż swoją śpiewkę o złu czynionym przez antykoncepcję. Niemniej jednak, gdy chcesz pigułkę wczesnoporonną, to najprędzej znajdziesz ją u księdza. 

Indie, tu z kolei przynależność do danej kasty predestynuje twój los. Jeśli urodziłaś się w najniższej kaście, to zostaniesz w niej na zawsze, nie zmieni tego nic. Możesz mieć też pecha i wcale się nie urodzić, bo w Indii istnieje aborcja wybiórcza, kiedy okazuje się, iż przyjdzie na świat dziewczynka, zawsze można się pozbyć problemu. W Indii brakuje kobiet. Selektywna aborcja zabija Indie, chciałoby się powiedzieć. 

Somalia, Gwinea, Dżibuti, Etiopia i wiele, wiele innych... komuś przyszło do głowy, że wycięcie łechtaczki zagwarantuje dziewictwo aż do ślubu i niezdradzanie męża. Na świecie żyje 130 mln obrzezanych kobiet, dziennie obrzezanych zostaje 6 tysięcy, czyli 2 mln kobiet rocznie. Pierwsze, co ci przyjdzie do głowy, to naiwna myśl: brak orgazmu. Obrzezane kobiety mają jednak większe zmartwienia, o ile w ogóle przeżyją ten barbarzyński zabieg, któremu daleko jest od europejskich, sterylnych standardów. To znaczy: odbywa się on często za pomocą jakiegokolwiek ostrego narzędzia napotkanego na drodze, np. kawałka szkła, lustra, tępego noża, starej żyletki. O ile to przetrwają i nie umrą od zakażenia, przeżywają piekło za każdym razem, gdy chcą oddać mocz, potem gdy mają miesiączkę, a potem, kiedy rodzą dzieci. Sprawę seksu przemilczę. 

I na koniec Turcja, XXI wiek, czy można zabić swoją córkę, bo splamiła honor? Można, zabójstwa rytualne wciąż istnieją na prowincji. Splamienie honoru to na przykład zadzwonienie do radia i wyznanie publicznie miłości swojemu chłopakowi. 

Ja, kobieta z Europy, nisko schylam głowę, zdejmuję swój kapelusz i składam hołd wszystkim innym, o których zapomniał Bóg i zapomniał świat. 



                                    

piątek, 26 lutego 2016

Św. Antoni zawsze cię ochroni!

Ojcze nasz, któryś jest w niebie. Nie, nie modlę się zbyt często, choć ktoś kiedyś powiedział, że modlitwa pomaga spełnić nasze pragnienia, wypowiadając głośno słowa, uświadamiamy sobie czego chcemy. Warto się zatem modlić, warto wiedzieć czego się chce i czego się nie chce...

Trzy tygodnie temu byliśmy w Sewilli i na ścianie jednego z budynków zauważyłam modlitwę-wierszyk do Św. Antoniego. Tak bardzo mi się spodobał, że przeczytałam go na głos kilka razy. Mówiąc szczerze opieprzyłam Antoniego za brak pracy oraz za beznadziejne oferty pracy. 
"-Proszę Cię o coś sensownego, żebym nie najgorzej zarabiała i nie musiała jeździć na koniec świata."
Śmiejąc się jak głupia, rozmawiałam sobie z Antkiem, tak szczerze i od serca jakbyśmy znali się od dziecka i wypili setki piw.
A potem, następnego dnia pojechałam do Estepy i znalazłam wisiorek z Maryją... Tak po prostu, pod kwitnącymi drzewami. 
"-Enrique, co to jest? Zobacz. 
-To twoje, znalazłaś, będzie cię chronić."
Jak dziwnie zabrzmiały te słowa z ust Enrique, człowieka, który do kościoła chodzi na śluby i pogrzeby...

Schowałam swoją maryjkę, jako dobry omen, wierząc, że przyniesie mi szczęście.
Następnego dnia dostałam propozycję pracy i lepszą pensję niż ostatnio.
Antku, Maryjko pozdrawiam i proszę o więcej.


piątek, 19 lutego 2016

tam, gdzie zawsze świeci słońce

Przeglądam swoje stare pliki i znajduję ten felieton, z czasów studenckich, kiedy to trzeba było pisać coś "na zaliczenie" na dziennikarstwie. I uśmiecham się sama do siebie, jakbym się naćpała. Śmieję się ze swojej naiwności. Słońce nie rozwiązuje wszystkich problemów. Ale żyć słodką nadzieją jest łatwiej niż gorzkim rozczarowaniem. 

Dónde siempre brilla el sol*

„Dzień dobry Pani, jak się Pani miewa? Trzeba jakoś przetrwać tę pogodę.”  - mówi na przystanku jedna kobieta do drugiej. Może sąsiadki, może koleżanki, zresztą bez różnicy. Obie ubrane w szare płaszcze i ciemne buty, jak większość ludzi o tej porze roku. Zastanawiam się nad dwoma rzeczami: co to znaczy, że trzeba przetrwać pogodę? Jakie jest lekarstwo na brak słońca i pluchę? Codziennie, od miesiąca, wyglądam przez okno w nadziei, że zobaczę chociaż jeden promień słońca, ale nic się nie zmienia. Szaro na ulicy, szaro na drzewach, szaro na niebie, życie w trumnie. 
Dlaczego słońce tak nie lubi naszego kraju? Drugą rzecz, nad którą się zastanawiam jest sposób, w jaki ubierają się ludzie, a właściwie dlaczego w tak ponurym okresie, jakim jest zima, sprzedaje się płaszcze, buty w ciemnych, smutnych kolorach? Jakby mało było szarości i burości? Mało kto się uśmiecha, wszyscy jacyś naburmuszeni i napuszeni, zresztą trudno się dziwić jak się żyje w świecie bez krztyny światła. 
Moje myśli w tym smutnym okresie wędrują daleko na południe, na Teneryfę, gdzie spędziłam wiele czasu. Wyobrażam sobie, co robią moi znajomi, czy wieje przyjemny wiatr od oceanu, czy  afrykański wiatr od pustyni, który sprawia, że robi się strasznie duszno i natychmiast po wyjściu spod prysznica pocisz się jak mysz. Zastanawiam się czy na mojej ulubionej plaży są wielkie dwumetrowe fale, które nie pozwalają, żeby wejść do wody czy jest odpływ i widać skały wulkaniczne. Czy dzieci bawią się przeskakując fale czy w sobotnie wieczory ludzie przyjeżdżają, żeby upijać się rumem i tańczyć w blasku księżyca, który w tej szerokości geograficznej wydaje się być ogromny. 
Ciekawe czy w autobusie, którym jeździłam do pracy czuć zapach olejku kokosowego, którym nacierały się ogromne, kolorowo ubrane kobiety z Senegalu. Czy Marokańczycy nadal zachowują się najgłośniej ze wszystkich, i czy w nocny ktoś włącza muzykę na cały autobus? Przypominam sobie o ogromnych, paskudnych karaluchach, które wyłaziły jakby spod ziemi kiedy tylko zaszło słońce. Kto by pomyślał, że będzie mi ich brakowało. 
Patrzę za okno, nie lata nawet mała muszka, a co dopiero karaluch. Nikt się nie śmieje, nie czuć olejku kokosowego, wiatr jeśli wieje, to tylko taki, który chciałby urwać głowę, powietrze nie pachnie oceanem tylko przedwiosenną ziemią, zgnilizną. Na drzewie nie rośnie ani jeden liść, na trawniku ani jedno źdźbło trawy. Wszyscy wyglądają tak samo,  widać tylko szarość i słychać pytanie:
„Dzień dobry, jak się Pani miewa?”




* ( hiszp.) gdzie zawsze świeci słońce

czwartek, 28 stycznia 2016

siesta w Hiszpanii, czyli jak tracić czas w ciągu dnia

Siesta, to nic innego jak parę godzin przerwy między obiadem , a popołudniowym powrotem do pracy. Krążą o niej legendy utwierdzające w przekonaniu, że Hiszpanie są leniwym narodem. Jednak nic bardziej mylnego. Mało kto pozwala sobie na sen w ciągu tych paru godzin. Przerwa trwa od 13.30 do 16.00 lub 17.00, niekiedy, na szczęście pracownika, od 14.00 do 15.00. Pierwotną ideą siesty było niepracowanie w godzinach największego skwaru. Ma to sens po pierwsze tylko latem oraz jak ktoś pracuje w tym samym miejscu, w którym mieszka. Miało to sens jak nie istniała klimatyzacja i w przypadku ludzi pracujących latem na zewnątrz, czyli budowlańców, kładących asfalt, ogrodników. Ale teraz? Ktoś, kto pracuje w biurze i nie wróci do domu na obiad? Co robisz przez te dwie godziny? Ano nic, zjesz, wypijesz kawę i wracasz do pracy, myśląc już o powrocie do domu. Jak ktoś ma trzy godziny przerwy może jeszcze iść na siłownię, bo zdąży. Ale dwie, to już nie wiadomo,co ze sobą zrobić. To nie jest tak, że się śpi w tej przerwie. W większości przypadków, to taka strata czasu. 

Hiszpanie są narodem, który najwięcej godzin spędza w pracy w Europie i jednocześnie produktywność jest jedna z najniższych. Chodzą najpóźniej spać i najpóźniej jedzą kolację. Kolację je się po 21.00, a idzie spać ok. 24.00. I nikt nie podaruje ci poranka, gdy o 7.00 dzwoni budzik. Do pracy wychodzi  się wcześniej, a wraca się przy dużym szczęściu o 18.00, jednak wiele firm pracuje do 20.00, a sklepy do 21.00. Jedynym plusem jest to, iż w wielu miejscach w piątek wychodzi się o 14.00-15.00. I chyba nigdzie indziej tak się nie czeka na weekend jak tu... 

Hiszpanie chodzą niewyspani. Dzieci chodzą niewyspane, dorośli chodzą niewyspani. Tak naprawdę z takimi godzinami pracy, kolacji, ciężko się wyspać. Pomijam już letnie, duszne noce, gdzie nie sposób zmrużyć oka. Inną kwestią jest czas, w tym kraju jest taka sama godzina jak w Polsce. Zamiast mieć czas taki jak Anglia, czy Portugalia. Zimą słońce wstaje po 8.30. Dopiero o 9.00 jest dzień. Możesz sobie nastawiać 3 budziki i tak ledwo zwleczesz się z łóżka, bo wstajesz w nocy. Nie świta, nie przejaśnia się, o 7.00 jest ciemno jak w grobie. 

Dzieci, które chodzą do szkoły też siedzą w niej do 13.00-14.00, a potem niejednokrotnie wracają jeszcze po południu. Tak jakby nie mogły o 13.00 zjeść kanapki, jak robi się w całej Europie. Poziom edukacji w Hiszpanii też pozostawia wiele do życzenia. Do najwyższych nie należy. A kto zaprowadzi i odprowadzi dzieci do szkoły, gdy rodzice pracują poza swoim miastem? Jeśli nie masz dziadka i babci, którzy pomogą, dzieci siedzą w szkole od 7.00 do 19.00. Jak mogą potem mieć siłę, żeby się uczyć? A gdzie czas na zabawę?

Wiele godzin poza domem, dużo godzin w pracy, mało z tego wynika. Dzień rozwleka się jak przedwczorajsze kluski. Więcej wydaje się na benzynę, jak ktoś chce wrócić do domu.  Dwa razy stoi się w korkach, dwa razy więcej stresu. A jak pracujesz daleko od miejsca zamieszkania, to w ogóle w domu tylko śpisz, marnując czas na pseudoodpoczynek między 14.00 a 16.00. Traci się wolny czas, żeby wrócić już do pracy tak naprawdę zmęczonym. Chyba wszyscy, którzy nie pochodzą stąd, przeklinają te zwyczaje. Kiedy to zreformują? Siesta to teraz w większości przypadków, jeden wielki mit.