wtorek, 23 października 2012

Owoce morza i ryby

Przypomniało mi się o zdjęciach, które zrobiłam wiosną tego roku. Zdjęciach, przez które ochroniarz zwrócił mi uwagę, bo nie wolno fotografować niczego w markecie. Co popstrykałam, to pokazuję. Uwieczniłam stoisko z rybami i owocami morza. Pamiętam kampanie w Polsce : Jedz ryby. Zastanawiam się, ale co tu jeść? W większości sklepów ryby są mrożone, cholera wie, ile czasu. Ewentualnie wędzone, to już trochę bardziej mnie przekonywało.Gdzie tu mówić o jedzeniu ryb? 
Zdjęcia są ze zwykłego marketu E.Leclerc. 


stoisko- widok ogólny, uchwyciłam 2/3 stoiska 


Część pierwsza: skorupiaki, od lewej: w żółtych siatkach "almejas" w zgrabnej, przypominającej serduszko skorupce, je się ugotowane na parze, z dodatkiem soku z cytryny, dodaje się do potraw z ryb. Powyżej "mejillones" małże lub omułki. Najbardziej lubię z pikantnym pomidorowo- paprykowym sosem, we Włoszech jadłam z dużą ilością pietruszki i soku z cytryny, też dobre. Obok omułków widać "langostinos", są różowe, bo już ugotowane. Langostinos- kolega krewetki, nieco większy, smakuje wybornie, ma bardzo dobre,  białe  "mięso". Poniżej langostinos znajduje się dziwactwo zwane "percedes". Wygląda trochę jak koralowiec, jest to przysmak z Galicji. Świeże percedes osiąga cenę nawet 80 euro/ kg. Dlaczego jest takie drogie? Ciężko je zdobyć, rybacy nieraz ryzykują życiem, żeby je pozbierać, za zwykłe małże płacę 1,80 euro/ kg, bo są hodowlane. Percedes mnie nie zachwyciło, powiedziałabym, że jest bez smaku. Poza tym jedząc je można się nieźle pobrudzić, bo kiedy próbujesz je wydobyć z osłonki- wybuchają. Ja jadłam percedes za max. 20 euro/ kg, może dlatego mnie nie zachwyciło...  Małe muszelki, po środku, w cenie 7,99, to "berberechos", są smaczne, ale tak małe,że więcej z nimi zabawy niż jedzenia.  Ślimaki w ostro zakończonych skorupkach są mi nieznane albo jadłam i nie pamiętałam, znaczy- też mnie nie oczarowały. Różowe żyjątka za 13.99 to tzw. "gamba arrocera", malutka, a jakże smakowita krewetka, którą można po prostu usmażyć, ale najczęściej dodawana jest do paelli i wszelkiego rodzaju zup rybnych.

Tego nie mam na zdjęciach, a jest to mój ulubiony skorupiak "navajas" czyli po hiszpańsku "noże", faktycznie przypomina kształtem nóż. Je się smażone, z bardzo niewielką, wręcz symboliczną ilością oliwy, posypane pietruszką i polane sokiem z cytryny. Mój faworyt! 



Część druga: od lewej, małże, poniżej langostinos nieugotowane, które mają właśnie taki nijaki szary kolor. Obok "cigalas", powiedziałabym, że to taka bardziej opancerzona krewetka, ma też szczypczyki. Ciężko się je obiera z tych pancerzyków, w dodatku można się pokłóć, no i jest dużo droższa od krewetki, ale smaczniejsza. Powyżej znajdują się "almejas', ale duże. Białe, krążkowate to "potas de calamares" czyli pokrojone kalmary, dodaje je się do paelli albo smaży w mące i jeśli ktoś zna kalmary, to właśnie takie. Na dole kalmary w całości, właściwie takie mini, zaś obok "potas", to również kalmary, ale nieco większe. Kalmary przyrządza się na bardzo wiele sposobów, z duszoną cebulką, w winie, w sosie pomidorowym, faszerowane warzywami lub ryżem, w atramencie. Kalmary są czymś, co mnie zachwyca, to, co znajduje się w ich wnętrzu jest dla mnie zagadką natury i dowodem na mądrość tego świata. 


Po lewej, duże, białe, to "sepia" czyli mątwa, krewna kalmarów. Moja ulubienica na hiszpańskim stole, smażona z czosnkiem i sokiem z cytryny, często podaje się ją z dodatkiem sosu czosnkowego, pycha. Obok   sepii "volador", taki latający kalmar. Ponoć często wynurza się z wody i na swój sposób - skacze, stąd nazwa. I to, co każdy chyba poznaje-"pulo" czyli ośmiornica. Moja ulubiona forma przyrządzanie ośmiornicy to, "pulpo ala gallega" czyli gotowana ośmiornica z ziemniakami pokrojona i posypana ostrą papryką. 



  I ostatnia część, zanim zabroniono mi robić zdjęcia: RYBY. W przyszłości porobię zdjęcia rybom i napiszę coś ciekawego. A tymczasem zrobiłam się głodna. 







6 komentarzy:

  1. Zazdroszczę takich targów, tyle smakowitych gatunków. Dla tego widoku warto tam jechać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny wpis! Nie zdawałam sobie sprawy, że aż tyle różnych rodzajów owoców morza można znaleźć w marketach :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale widoki. Mój mąż kocha owoce morza, ja nie za bardzo, jednak ryby uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Tu gdzie mieszkam bardzo ciężko dostać owoce morze, jedynie mrożone, jeśli chodzi o świeże, to nie przypominam sobie, żebym je gdzieś widziała. A też mamy sklepy z sieci L.Eclerc ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ryby w Madrycie tracą życie ;) Nawet nie czuję, kiedy rymuję :)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale super, że masz dostęp do takich skarbów

    OdpowiedzUsuń