środa, 5 sierpnia 2015

30!

Mam 30 lat. Nie wyszłam za mąż i nie urodziłam dziecka. Nie zrobiłam też wielkiej kariery, jak na razie. Nie mam też żadnych oszczędności, bo nie umiem oszczędzać. Nie mam samochodu, wypasionego roweru, ani Ipada. Nie chwalę się, ani nie żalę, po prostu stwierdzam. Nie muszę wchodzić nikomu w dupę i nie spać po nocach, w obawie, że stracę prestiżową pracę. Bo moja praca, jest tak nudna i zwykła, że aż sama się sobie dziwię, iż ją zaakceptowałam. Nie wykrzywiam swojej gęby w fałszywych uśmiechach w stosunku do ludzi, od  których czegoś chcę i potrzebuję. Gdy ktoś pyta mnie,co chcę dostać w prezencie, tak naprawdę, nie potrzebuję niczego. Wszystko mam. Każda inna rzecz,to niepotrzebny kaprys. 
Patrząc w lustro, widzę zmarszczki, których 10 lat temu nie miałam, ale widzę też "kurwiki" w oczach, które z wiekiem nie znikają. Wciąż zachwyca mnie zieleń traw w kwietniu i oleandry w czerwcu. Co roku robię te same zdjęcia tym samym kwiatom i zachodom słońca. Gdy przekwita bez, tak strasznie mi żal, jakbym widziała go po raz ostatni w życiu. 
Lubię jeść i pić, choć mówią, że powinno się być na diecie i unikać używek. Najcenniejsze, co mam, patrząc z perspektywy tych 30-stu lat, to wspomnienia. Ludzie. Dużo pozytywnych ludzi. Nie byłabym tym,kim jestem, gdyby nie ci ludzie. Gdyby nie moja rodzina, moi przyjaciele i przypadkowo spotkani skurwiele. Dziękuję wszystkim naraz i każdemu z osobna.  

Mam 30 lat. Jestem szczęśliwa jak nigdy. 

środa, 1 lipca 2015

body beach

Zaczęło się lato, na pewno niejeden z nas wybierze się  w tym roku na plażę. Ci, którzy planują zrealizować plan : operacja bikini, trochę się już spóźnili. O ciało trzeba dbać cały rok. Co to właściwie znaczy? 

Dla jednych wieczorny prysznic i nałożenie kremu. Dla innych uzależnienie od siłowni,  codzienne bieganie, nawet jak za oknem jest w cieniu 35 stopni. Jeszcze dla innych "hodowanie tłuszczyku", jedzenie byle czego i byle jak. We wszystkim trzeba odnaleźć równowagę. W diecie, sporcie, pojęciu troski o ciało, tak samo. Nie uważam, że codzienne chodzenie na siłownię, niepicie nawet kropli piwa, jedzenie co 5 godzin kilograma mięsa jest normalne. Oczywiście jeżeli żyjesz ze sportu i z pokazywania swojego muskularnego ciała, to co innego. Moja uwaga tyczy się zwykłych ludzi. 

To samo myślę o 30-letnim mężczyźnie, który z jednej restauracji chodzi do drugiej, albo żre pół dnia ciasta, nie rusza się wcale i patrzy jak rośnie mu brzuch. Facet zawsze ma jakieś wytłumaczenie oraz usprawiedliwienie , niejednokrotnie ze strony kobiet: on jest taki misiowaty, słodki misio-pysio. Każdy chłopak powinien mieć trochę ciała. Wszystko w porządku, gdy trochę ciała, jest naprawdę małym brzuszkiem, ale drodzy panowie i drogie panie, zwisający z przodu kałdun, jest obrzydliwy. Zwłaszcza jak masz dopiero trzydzieści lat. Taki brzuch można wybaczyć 60-latkowi, ale nie 20-latkowi. Ani nawet 40-latkowi. W końcu dziecka nie urodził, żeby mieć na kogo zrzucać winę. 

Z kolei drogie panie, zapewne niejedna  z nas, kupiła sobie w aptece preparat na odchudzanie, albo nie jadła przez tydzień, albo smaruje się regularnie kremem antycellulitowym. Niestety to też tak nie działa. Żaden preparat nie jest skuteczny bez diety i ćwiczeń. Nie ma pastylek-cud. Zapomnijmy, raz na zawsze. Cuda zdarzają się tylko w bajkach. Tygodniowa głodówka, jest o tyle dobra, że oczyszcza organizm z toksyn, ale nie sprawi, że stracimy 5 kg. A nawet jeśli stracimy, to w pierwszym tygodniu normalnego jedzenia, zaraz je zyskamy. Dieta, to stałe zmiany, dobre nawyki żywieniowe i trzymanie się kilku prostych zasad. No i oczywiście ruch. Naprawdę prawie zawsze można znaleźć na to czas. Nawet w internecie są setki ćwiczeń, które można wykonywać wraz z Mel B, Ewą Chodakowską czy innymi gwiazdami. Polecam wszystkim krótkie, ale intensywne ćwiczenia z Cafe Mom Studios, trochę ruchu, dla zajętych mam, ale nie tylko. Pół godziny dziennie, a efekty widać po 2 -tygodniach. I nie chodzi o to, żeby nagle mieć ciało modelki czy instruktorki fitnessu, bo to nierealne, ale aby lepiej się poczuć. Sport wyzwala endorfiny- hormony szczęścia. 

Mam też dobrą i złą wiadomość w sprawie cellulitu. Mają go wszystkie kobiety, zaledwie 10% kobiet na świecie jest od niego wolna. Jest to nasza cecha genetyczna, tak jak szerokie biodra i duży biust. Z cellulitem można walczyć, ale się nie wygra. Dobra wiadomość, to taka, iż można sprawić, że będzie prawie niezauważalny. Odpowiednia dieta, ruch, masaże i preparaty wspomagające. Rower w dużej ilości działa w 100%. Sprawdziłam na sobie. 

Nikt z nas nie jest doskonały, każdy ma ciało jakie ma, grubsze, szczuplejsze. Biust większy, mniejszy, nogi długi, nogi krótkie. Dzięki temu jesteśmy jedyni, w swoim rodzaju. Idąc na plażę, warto sobie to uświadomić. Zapomnieć o swoich kompleksach i po prostu założyć bikini, bez żadnej specjalnej "operacji". Jednak ze świadomością, że im bardziej zadbamy o siebie w ciągu całego roku, w zdrowy, racjonalny sposób, tym bardziej nasze ciało nam się odpłaci, mniejszym brzuchem czy niewidocznym cellulitem. A jak nasze ciało będzie nas lubić, my również je pokochamy.  








piątek, 26 czerwca 2015

żenić się czy nie? o małżeństwach w Hiszpanii

Hiszpanie nie są narodem, któremu śpieszy się  do zawierania związków małżeńskich. Jeśli już ktoś zdecyduje się na ten krok, to zdecydowanie po 30-stce, a nawet po 40-stce. 
Powodów jest wiele, przede wszystkim pieniądze. Najskromniejszy nawet ślub sporo kosztuje. Na ogół para, która chce zalegalizować swój związek ma do spłacenia kredyt mieszkaniowy, albo płaci za wynajem i tak ciągle nie ma pieniędzy. Owszem, można wziąć skromny ślub, ale hiszpańscy przyjaciele ci tego nie darują. Gdzie fiesta? Właściwie ślub i wesele robi się dla przyjaciół. 

Wiele osób odkłada decyzję nie tylko o małżeństwie, ale także o wyprowadzce z domu. Trzydziestolatkowie , czterdziestolatkowie mieszkający z rodzicami, to całkiem normalna sprawa. Zawsze można zrzucić winę na brak pracy, małe zarobki. Umówmy się jednak. Hiszpanie są bardzo wygodni. Kto chce, ten się wyprowadza, na początku wynajmując mieszkanie na spółkę z kolegami, ale zawsze to lepiej niż mieszkanie z mamą do 40-stki. Hiszpańscy mężczyźni dodatkowo w większości ciepią na syndrom Piotrusia Pana, boją się małżeństwa jak diabeł święconej wody. 
Kolejna kwestia, to prawo hiszpańskie, które bardzo faworyzuje kobiety. Jest to związane z wieloletnim kultem tzw. macho i z tym, że przez wiele,wiele lat kobiety nie miały absolutnie nic do powiedzenia. Czy to się zmieniło? Zmienia się, ale bardzo powoli. Hiszpanie są okropnymi seksistami. Przyzwyczajeni do mamusi, która wszystko za nich robiła oraz do modelu: kobieta od garów, facet pracuje, co daje mu prawo do absolutnego nicnierobienia w domu. Już o biciu kobiet nie wspomnę, bo i takie przypadki miały miejsce. Nadal mają miejsce zresztą. Istnieje nawet specjalny numer telefonu pod który maltretowana kobieta może zadzwonić. 116 (Swoją drogą słowo maltretować i molestować pochodzi z j. hiszpańskiego. Maltretować (maltratar- czyli dosłownie źle traktować. Molestar- w hiszpańskim oznacza po prostu przeszkadzać, robić na złość. ) 
Na szczęście powoli się to zmienia, powiedziałabym, że wręcz prawo zostało teraz skonstruowane tak, iż wielokrotnie krzywdzi mężczyzn. Załóżmy, że istnieje związek formalny, związek partnerski, małżeństwo, a nawet związek nieformalny i pojawia się dziecko. W momencie rozstania, rozwodu, kobieta ma prawo do całego domu, niezależnie od tego, czy pracowała, czy nie. Dziecko z matką zostaje w domu. A facet, niejednokrotnie wraca do rodziców, plus musi obojgu płacić takie alimenty, iż nie stać go na wynajęcie mieszkania. Osobiście znam takie przypadki. Stąd także wynika lęk przed zawieraniem związków formalnych, posiadaniem dzieci. 
Często słyszę o podziałach majątku, zanim zostanie zawarte małżeństwo. Rzadko kiedy coś jest wspólne, wszystko jest odseparowane, ludzie żyją razem, ale z tym partnerstwem jest coś nie tak.  W tym roku jeden z moich przyjaciół wziął ślub z niehiszpańską kobietą, zresztą on sam Hiszpanem nie jest, choć z obywatelstwem hiszpańskim. Sytuacja rzeczywiście dziwna, bo ożenił się z kobietą, którą zna bardzo mało, widzieli się zaledwie parę razy. Za to zdążyła zajść w ciążę. Postawiła mu warunki: albo się ze mną ożenisz, albo nie przeprowadzam się do Hiszpanii. Wszyscy stukaliśmy się w głowę. Chłopak się ożenił. Majątek, a ma go sporo, przepisał na rodziców. 

Słucham ciągle o tych podziałach majątków, o tym, jak to kobiety chcą kogoś okraść i czasem, mówiąc szczerze, trafia mnie już szlag.  Nie wszystkie kobiety wychodzą za mąż, bo ktoś ma mieszkanie, czy dom... Już nie wspomnę o kobiecie, która zostawia WSZYSTKO dla tego jedynego i przyjeżdża do innego kraju. Czy naprawdę robią to dla pieniędzy? Czasem te uwagi mnie po prostu denerwują, a wręcz bolą. 

Inny przypadek z życia wzięty, kolega. Lat 36, 10 lat spędził w związku z kobietą, ślubu nigdy nie wzięli. Poznał w pracy o 8 lat młodszą Rosjankę. Zostawił poprzednią dziewczynę i po 3 miesiącach znajomości oznajmił, że się żeni. I to w Tajlandii. Życzę mu szczęścia, ale przeszła mi przez głowę pewna myśl. 10 lat wspólnego mieszkania, prania skarpet, majtek, żeby dowiedzieć się, iż twój najukochańszy zostawia cię dla młodszej kobiety. No cóż. Małżeństwo też nie byłoby żadną gwarancją, a jeszcze mieliby za sobą rozwód. Myślałam kiedyś, że jak mężczyzna zbliża się do 40, mądrzeje, statkuje się, uspokaja. Otóż nie. Temat małżeństw w Hiszpanii jest bardzo dziwnym tematem. Jedyne, co jest w tym pewne, to nieprzewidywalność. 

poniedziałek, 1 czerwca 2015

hedonizowanie rzeczywistości

Możesz sobie myśleć, co tam tylko chcesz, ale lubię małe przyjemności. Takie proste, prawie niezauważalne. Nie patrzę z podziwem na nikogo, kto całe życie powtarza: ale mam dużo pracy. Jestem chory, ale idę do pracy. Mam 39 stopni gorączki, ale z gilami do pasa pójdę do pracy.  Zapisałem się na trzy kursy i na nic nie mam czasu. Jeśli twoje życie składa się z samych kursów, pracy i trwa to latami, nie tylko po to, aby osiągnąć jakiś cel, nie patrzę na to z zachwytem w oczach. 

Chwalenie się nadmiarem rzeczy do zrobienia, stało się dla niektórych sposobem na życie. Dlaczego tak mało osób mówi o małych, pozytywnych rzeczach? O przyjemnościach. Hedonizowanie rzeczywistości. Znalezienie w całym dniu pełnym wyzwań, tych momentów dla których warto się uśmiechnąć. Nawet jak śniadanie jesz w biegu, to nikt ci nie zabierze zapachu kawy o poranku. Trwa to kilka sekund, ale trwa. Jeśli uważasz, że nie jest to warte odnotowania, pomyśl o tych wszystkich, którzy nie jedzą śniadania, bo nie mają pieniędzy. Jeśli wstałeś bez bólu głowy, biodra, pleców, po prostu jesteś zdrowy i dobrze się czujesz, to już kolejny powód do radości. Ci, którzy nigdy nie chorowali, których przez pół roku nie boli biodro, ręka, głowa, może nie wiedzą o czym mówię. Gwarantuję, gdy pojawi się ból wspomnisz każdy poranek, w którym dane ci było cieszyć się zwyczajnością, wynikającą z tego , że jesteś zdrowy. Nie chce ci się wstawać i iść do pracy, zastanów się nad tym, iż masz pracę, masz gdzie wstać, gdzie iść, po co się ubrać i zrobić coś ze sobą. Jedząc obiad, czuj się szczęściarzem, dla niektórych to jedyny posiłek w ciągu dnia, a dla ciebie kolejny i nie ostatni.  Jeśli ktoś przygotował go dla ciebie, doceń to, nie krzyw się. Nawet jeśli coś ci nie smakuje, masz kogoś, kto dla ciebie gotuje! 

Nawet w takich znienawidzonych czynnościach jak pranie czy prasowanie można odnaleźć coś dobrego. Zapach płynu do płukania tkanin. Dotyk świeżo wyprasowanych koszul. Masz pralkę, nie musisz prać niczego ręcznie, chodzisz czysty i umyty. Ktoś pierze i prasuje twoje rzeczy, z pewnością nigdy nawet przez chwilę nie pomyślałeś, że ktoś poświęca na to dużo czasu. 
Wieczorny prysznic, czy kąpiel, zapach żelu pod prysznic, szamponu, kremu. Łazienka, w której wystarczy odkręcić kurek i leci ciepła woda. Łóżko ze świeżą pościelą, po pokoju nie biegają szczury czy karaluchy. Nie śpisz na ziemi, nie śpisz czuwając, w obawie, że zwali ci się dach na głowę. Nigdzie nie wyje syrena, nie ogłaszają alarmu, śpisz snem sprawiedliwego, dopóki nie zadzwoni budzik, który jest twoim jedynym alarmem.



Małe, maleńkie przyjemności, prawie niezauważalne, niedoceniane, bo wydają się czymś normalnym. Może warto je dostrzec i spróbować pohedonizować swoją rzeczywistość.


poniedziałek, 25 maja 2015

"zmiany"

Przez ostatnie 24 godziny słyszałam mnóstwo komentarzy w stylu: Wyjeżdżam stąd. Emigruję. Niektórzy tak sobie gadają, choć przez całe życie nie ruszyli dupy z własnego podwórka. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, mówi stare porzekadło i sporo w tym racji. Polityka to na ogół nie powód do wyjazdu z kraju, choć czasem  jest tak obrzydliwa, że zbiera ci się na rzyganie. 

Nastaną wreszcie te upragnione "zmiany", o których wielu mówiło. Jest "źle", będzie "lepiej". [sic!]Swoją drogą mam inną definicję zmiany. Zmiana to zmiana, coś nowego, innego, a powrót do tego, co już było, to jednak powrót.

Historia ma to do siebie, iż toczy się kołem. To było, tamto będzie, znowu wróci, co było. Ludzie mają krótką pamięć, ci co pamiętają umierają, rodzą się inni, którym wydaje się, że zwojują świat. Obalą system.Zmienią kolej rzeczy, sprawią, że glob stanie się lepszy. A człowiek, który naprawdę zmienia świat, rodzi się raz na sto lat. I potrafi sobie podporządkować tych wszystkich, którzy karmią się wiarą w pozasystemowość i byciem ponad. Ten człowiek jest niebezpieczny, bo wydaje mu się, iż jest Bogiem i może wszytko. 

Mesjasz, Zbawiciel, zawsze będzie miał swoich wyznawców, osoby, którym powie kilka pięknych słów, obieca, to co chcą usłyszeć, połechce ich pychę, tak, aby myślały, że mają wpływ na to, co się dzieje. Gdy już uwierzy w swoją wielką moc, zapomni o ludzie, który go wybrał, zapomni o obietnicach, by zająć się tym, co go podnieca. Władzą. Na fali oddechów swoich poddanych i wielbiącego go jeszcze ludu, będzie unosił się coraz wyżej i wyżej. Pół biedy jeśli zatrzyma się na swoim dworze, gorzej jeśli będzie chciał objąć panowanie nad innymi dworami. Może wywołać burzę i gromy spadną nie tylko na niego, ale i na lud, i na dwór. Burze są niebezpieczne, pojawiają się nagle, choć zawsze przed nimi powietrze robi się ciężkie i lepkie. Burze powodują zniszczenia, trzeba po nich sprzątać, tworzyć nowy ład.By i tak znów pojawił się ktoś, kto nie umie oddychać, gdy powietrze nie jest gęste... 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

pamiątka

Kończy się kwiecień i mam ochotę napisać- na szczęście. Miesiąc owocny w dziwne sytuacje personalne i zawodowe. Personalne, bo wciąż nie jestem przyzwyczajona do myśli, że skoro ja zachowuję się  fair w stosunku do bliskich osób, czy też z pozoru bliskich, to one też tak będą się zachowywać. Jeśli chodzi o sytuacje zawodowe, okazuje się, iż próba znalezienia uczniów pragnących studiować j. angielski i polski kończy się dziwnymi telefonami. Dziwnymi to znaczy: niektórzy mężczyźni mylą pojęcia nauczycielki angielskiego z seks telefonem. Tak w skrócie. 
Poza tym mam szczęście, znajduję albo pieniądze, albo apaszki, albo papierosy, których swoją drogą nie palę, ale paczka kosztuje 5 euro i zawsze komuś ją przekażę. 
W zeszły poniedziałek znalazłam portfel , a w nim 70 euro. Jaka była moja radość, jednakże okazało się, że w środku są dokumenty,a portfel, choć z wierzchu obleśny, ma swojego właściciela. Szczerze mówiąc nie wiedziałam, co zrobić. Oddać pieniądze, nie oddać. W myślach usprawiedliwiałam się brakiem stałej pracy, pieniędzy, ale z drugiej strony biedy nie klepię. Ja za 70 euro kupiłabym perfumy, które od dawno mi się marzą,a może ktoś nie będzie miał za co kupić jedzenia. Nigdy nie będę bogata. Taka jest prawda. Zobaczyłam zdjęcie dwójki dzieci i postanowiłam oddać portfel. Jeszcze tak się złożyło, iż byłam w trakcie czytania "Szklanego Zamku" Jeanette Walls, książki o dzieciach artystki i alkoholika, cierpiących na wieczny brak jedzenia i środków do życia. To ostatecznie zmusiło mnie do odniesienia zdobyczy. Pojechałam osobiście oddać nieswoją rzecz, otworzyła mi żona właściciela. Jakże się zdziwiła. Weszłam na górę. Rzuciłam okiem na mieszkanie, raczej ludzie biedni, niż bogaci, mieszkanie obskurnawe, dwójka dzieci i pies, kobieta nie pracowała. Wyglądała jakby wyszła z salonu tatuażu. 
-Oddaję pani portfel, ale mam prośbę- odważyłam się powiedzieć. Nie pracuję i gdyby przyszło wam coś do głowy, coś co mogłoby mi pomóc, zadzwońcie. Zażartowałam, mówiąc iż przydałby się nowy portfel, bo stary jest tak dziurawy jak ser szwajcarski. 
-Wszyscy mu to mówimy, ale to pamiątka po ojcu, który niedawno zmarł. Za cholerę nie chce go zmienić. 
Zostawiłam mój numer telefonu i poszłam swoją drogą. Nie żałuję, że oddałam te mizerne 70 euro, bo ani mnie to zbawi, ani uratuje mi życie. Chłop, który nie umie pilnować swoich rzeczy, nie zadzwonił, choć mógł powiedzieć jedno słowo - dziękuję. Wytatuowanej pani powiedziałam też, iż jestem z Polski i mam nadzieję, że dobrze sobie to zapamiętała.

wtorek, 14 kwietnia 2015

pot, krew i łzy

Jednym z moich ulubionych programów w Hiszpanii jest Master Chef, w dodatku, co już w ogóle jest niepojętne, mało co mnie tak wzrusza. Nie mogę patrzeć jak ludzie odchodzą z podium kuchni, żal mi wszystkich, którzy w gotowanie włożyli mnóstwo serca i zostali opieprzeni, skrytykowani, wyrzuceni jak zbite psy. 

Dzisiejszy odcinek, był wręcz tragikomiczny, 18-letni chłopak powiedział, że już więcej nie będzie gotować, bo mu wstyd za siebie samego i za to, co zaprezentował. Płakał jak dziecko, aż jurorzy przyszli go przytulić, zrobiło im się żal człowieka. 

Lubię ten program, choć pozbawia złudzeń. Na pewno niejednemu dobremu, domowemu kucharzowi zamarzyło się mieć swoją restaurację, a zamarzyło się tylko dlatego, że nieźle gotuje. To samo zresztą można powiedzieć o wszystkich talentach, mrzonkach i marzeniach. Mieć hobby to jedno, a zajmować się czymś profesjonalnie, to drugie. Umieć coś dobrze zrobić, a stworzyć z tego swoją markę, to już inna sprawa. Za tymi wszystkimi talerzami, które nam podają w restauracji, w dobrej restauracji, kryją się godziny, miesiące, lata ciężkiej pracy. Kto miał kiedyś okazję nawet na chwilę pracować w gastronomii, wie, o czym mowa. Za cudownie wykonanym tańcem kryją się kontuzje, skurcze i skręcone kostki. Za pięknie odśpiewaną arią w operze, kryją się lata żmudnych ćwiczeń. Można by tak wymieniać, włączając w to wszystko, co jest sztuką lub ma coś w sobie ze sztuki, łącznie ze sztuką lekarską. 

Dzisiejszy odcinek, tego głupiego z pozoru Master Chefa, pokazał, że nie można tracić wiary w siebie. Nieraz w swoim życiu się ośmieszymy, coś nam się nie uda, noga się powinie, ktoś nas ochrzani, słusznie lub niesłusznie. W kuchni zrobi się zakalec, w tekście pojawi się błąd, w tańcu pomylą się kroki. Nie przekreśla to nas na zawsze, nie znaczy, że jesteśmy do niczego. Talent, to jedno, ale wiara w słuszność tego, co się robi i przede wszystkim walka o to oraz praca, to drugie. 

Jak dziecko uczy się chodzić, to setki razy upada i setki razy wstaje, za każdym razem z tym samym entuzjazmem. Dlaczego więc nam, dorosłym, musi być trudniej?