SEN O CZTERECH KOBIETACH
Macierzyństwo
Śniło mi się, że płakałaś
a łzy były czerwone
i bardzo cierpkie w smaku,
spływały do plastikowej miski.
Za każdą twoją łzę
podaruję ci dziesięć moich,
będą słodkie jak cukrowa wata,
którą sprzedaje się czasem
pod cmentarzem
w Dniu Wszystkich Świętych.
Dom
Śniło mi się, że go zabiłaś
ostrym, czerwonym nożem
do krojenia mięsa.
Tchnienie twojej ulgi
było głośniejsze niż jego krzyk,
usłyszał to Bóg
i niebieskie sińce pod oczami
zamienił w motyle.
Odleciały do samego
piekła.
Wojna
Śniło mi się, że myłaś podłogę
szorowałaś ją
na wypadek, gdyby przyszedł ktoś
znienacka.
Wszystkie ogłupiające czynności
są lepsze niż cisza.
Otworzyłaś szafę
i poprawiłaś koszule,
na wypadek
gdyby jednak...
Ugotowałaś zupę
dla co najmniej trzech osób.
Zmieniłaś pościel
w cichej nadziei,
że nie będziesz
spać sama.
A on walczył za nieswoje ideały
I odchodził myśląc o misce
twojej, ciepłej zupy.
Wdowa
Śniło mi się, że on wrócił
w jak zwykle, dziurawych skarpetkach,
z workiem pozbieranych kamieni
zamiast kwiatów.
Trochę wychudzony,
ale uśmiechnięty.
Wyskoczyłaś na niego z pretensjami,
bo znowu nie zdjął butów
i pobrudzi dywan.
Wtedy zauważyłaś,
że on nie zostawia żadnych śladów
i nagle zrobiło się chłodno
jak w środku zimy.
Witaj na blogu o Hiszpanii, mieszkam tu ponad 8 lat i piszę o tym fascynującym kraju. Na co dzień uczę hiszpańskiego online, zapraszam na lekcje oraz tłumaczę ustnie i pisemnie. Miło mi Cię gościć! Chcesz się skontaktować? NAPISZ: annakoronowska@hotmail.com
piątek, 4 listopada 2016
czwartek, 27 października 2016
Águila Roja- bohater nie naszych czasów ( kilka słów o popularnym, hiszpańskim serialu )
Coś się kończy, coś się zaczyna. Dziś jednak zdecydowanie się kończy. Co prawda chodzi tylko o serial, ale jakoś tak smutno pożegnać się z jego bohaterem. W każdy czwartek śledziłam losy iberyjskiego Robin Hooda, Águila Roja ( Czerwony Orzeł). Towarzyszył mi od pięciu lat, odkąd przyjechałam do Hiszpanii. Można powiedzieć, że dzięki niemu szlifowałam swój hiszpański. Często przy okazji prasowałam, taka moja czwartkowa tradycja, film i prasowanie. Águila Roja stała się częścią mojego życia, przyzwyczaiłam się do niego jak do kumpla. Prawie nie śledzę seriali, a jak już oglądam, to bez emocji i bez przekonania, a tu jednak dałam się zauroczyć. Nie mogę też pozbyć się wrażenia, że czas upływa za szybko. To już pięć lat, aż pięć lat.
"Águila Roja" to serial produkcji hiszpańskiej emitowany od 2009 roku, jego głównym bohaterem jest właśnie Czerwony Orzeł, człowiek, który na co dzień jest nauczycielem, a po godzinach zakłada czarny płaszcz i walczy ze złem tego świata. Akcja dzieła toczy się w XVII w. zatem jest to świetna okazja, żeby zaobserwować życie i zwyczaje ówczesnych mieszkańców Hiszpanii. Nie można się nudzić oglądając, ciągle ktoś walczy, umiera, cudownie zostaje ocalony, jest dużo przemocy, sceny tortur, ale też miłość, namiętność, seks. Głównymi bohaterami są, oprócz Águila Roja, jego pomocnik i wierny towarzysz Satur, piękna Margarita- obiekt westchnień Czerwonego Orła, księżna Lukrecja i Hernan- oboje źli do szpiku kości, ale nie da się ich nie lubić, bo są bardzo barwni. A także wstrętny kardynał, rodzina królewska i wielu innych.
Motyw walki dobra ze złem, tak oklepany, cały czas przewija się w serialu. Choć Águila Roja szuka zemsty i prawdy o swojej przeszłości, nie przejdzie obojętnie obok niesprawiedliwości i uciemiężonego ludu. Mężczyzna jest w stanie oddać ostatni grosz, żeby komuś pomóc. Mężczyzna nie byle jaki, bo przystojny, honorowy, inteligentny, waleczny, wysportowany, przewidujący, romantyczny, po prostu bohater. Może dlatego tak podobał mi się ten serial, bo w prawdziwym życiu mało jest takich osób. Mało jest bohaterów w tych ponurych czasach.
P.S. Serial dostępny również w Polsce, dla fanów historii i tęskniących za bohaterami.
środa, 19 października 2016
język wachlarzy
Wachlarz, wynalazek z Dalekiego Wschodu, służący do schłodzenia się w upalne dni, w Hiszpanii tak popularny jak wino. Nie znam osoby, która nie miałaby przynajmniej jednego. Rozdaje się go na weselach jako prezent dla gości, jako pamiątkę. Wachlują się nie tylko starsze panie, ale i młode dziewczyny. Wciąż produkuje się je w Andaluzji i w Walencji. Niektóre wachlarze, to prawdziwe dzieła sztuki.
Ciekawostką jest, że wachlarz nie tylko służył do tego, by ugasić żar gorącego dnia, ale w XVIII-XIX w. był narzędziem komunikacji i ułatwiał flirt między kobietą, a jej kochankiem, zarówno aktualnym jak i przyszłym lub niedoszłym.
Oto mały słownik języka wachlarzy:
-Trzymać wachlarz prawą ręką z przodu twarzy: Podążaj za mną.
-Trzymać wachlarz lewą ręką z przodu twarzy: Chcę cię poznać.
-Przytrzymać go przy lewym uchu: Zostaw mnie w spokoju.
-Przesuwać go po czole: Zmieniłeś się.
-Poruszać nim lewą ręką: Obserwują nas.
-Przełożyć go do prawej ręki: Jesteś odważny.
-Wachlarz wypada z ręki: Nienawidzę cię.
-Poruszać nim prawą ręką: Pragnę innego mężczyzny.
-Pocierać wachlarzem o policzek: Kocham Cię.
-Pokazać zamknięty wachlarz: Kochasz mnie?
-Pocierać nim o oczy: Odejdź, proszę.
-Dotykać palcem krawędzi wachlarza: Chcę z tobą porozmawiać.
-Opierać go o prawy policzek: Tak.
-Opierać go o lewy policzek: Nie.
-Zamykać i otwierać wachlarz: Jesteś okrutny.
-Zostawić wachlarz, żeby swobodnie zwisał: Zostańmy przyjaciółmi.
-Wachlować się powoli: Jestem mężatką.
-Wachlować się szybko: Mam narzeczonego.
-Opierać wachlarz o usta: Pocałuj mnie.
-Powoli go otworzyć: Zaczekaj na mnie.
-Otworzyć go lewą ręką: Przyjdź do mnie i porozmawiajmy.
-Uderzać zamkniętym wachlarzem o lewą rękę: Napisz do mnie.
-Półzamknięty wachlarz w prawej ręce położony na lewej ręce: Nie mogę.
-Otwarty wachlarz zasłaniający usta: Jestem sama.
wtorek, 18 października 2016
calimocho i Nagroda Nobla
Calimocho to stary hiszpański wynalazek, mieszanka wina z coca-colą lub fantą, podobne do tinto de verano, czyli wina z fantą lub wodą gazowaną i martini. Dlaczego o tym wspominam, bo widziałam dowcip, który bardzo mi się podobał. A brzmi on mniej więcej tak:
Barack Obama dostał Pokojową Nagrodę Nobla za dobre chęci, Bob Dylan dostał Nobla za literaturę. Nagroda dla twórcy calimocho w dziedzinie chemii jest już blisko...
poniedziałek, 26 września 2016
prawo do cierpienia w spokoju, to również twoje prawo
Widziałam ją w sobotę. Zmęczona, przygnębiona, z podkrążonymi oczami. Schudła i jak powiedziała: Nadal dochodzę do siebie. Choć nie jest mi jakoś specjalnie bliska, tak bardzo było mi jej żal, że zamiast zadawać niepotrzebne pytania, miałam ochotę ją tak po ludzku przytulić. J. ostatnie dni spędziła w szpitalu, bo poroniła. Nacierpiała się i miała bolesny zabieg. Nie wdawałam się w szczegóły i nie dopytywałam co i jak, gdyż nie sądzę, aby chciała o tym mówić i wracać do tematu. Poza tym dodatkowo przygnębia ją fakt, że znowu się nie udało, już bardzo długo stara się o dziecko.
Pewnie specjalnie nie myślałabym o tym i nie miała jej smutnego spojrzenia przed oczami, gdyby nie to, iż w mojej ojczyźnie komuś przyszedł do głowy okrutny pomysł, który w praktyce chce zabronić kobietom nawet cierpieć w spokoju. Ktoś nie chce pozwolić na przeżywanie swojego bólu i rozpaczy w ciszy, bez podejrzeń o "zbrodnię". A może także nie tylko samotnie, a w towarzystwie śledczych i policji.
Tyle czytam o krajach, w których kobiety traktuje się gorzej niż psa i nagle okazuje się, iż to samo może nastąpić w moim kraju. W imię czego? Obsesji kilku szarlatanów? Modlę się, żeby wrócił zdrowy rozsądek, bo nie chcę martwić się o moją siostrę, przyjaciółki, koleżanki, a nawet obce kobiety. To nie są żarty, to nie jest żaden temat zastępczy jak ktoś chce wmówić, decydowanie o swoim ciele, życiu, zdrowiu, to nasze święte prawo. Nie dajmy sobie odebrać godności.
czwartek, 25 sierpnia 2016
Skrawki
Skrawki
Dziś jestem domem
w którym nigdy nikt nic nie ugotuje.
Gwoździem na ścianie.
Pustką po obrazie,
który roztrzaskał się na miliony kawałków.
Pyłkiem na kocu.
Czarnym włosem
niezgraniętym przez tydzień z wanny.
Drzwiami prowadzącymi już donikąd.
Szkłem bez okna,
oknem bez szkła.
Prętem wystającym z łóżka.
Ciszą tak namacalną, że aż pękają uszy.
Gwieździstym niebem,
bo nie ma już dachu.
Nie ma już dachu,
jest tylko niebo.
Pamięci ofiar trzęsienia Ziemi we Włoszech, 25.08.2016.
Dziś jestem domem
w którym nigdy nikt nic nie ugotuje.
Gwoździem na ścianie.
Pustką po obrazie,
który roztrzaskał się na miliony kawałków.
Pyłkiem na kocu.
Czarnym włosem
niezgraniętym przez tydzień z wanny.
Drzwiami prowadzącymi już donikąd.
Szkłem bez okna,
oknem bez szkła.
Prętem wystającym z łóżka.
Ciszą tak namacalną, że aż pękają uszy.
Gwieździstym niebem,
bo nie ma już dachu.
Nie ma już dachu,
jest tylko niebo.
Pamięci ofiar trzęsienia Ziemi we Włoszech, 25.08.2016.
czwartek, 4 sierpnia 2016
lato, które już nigdy nie wróci
Smak cierpkich malin, takich co powinny być słodkie, ale nie są, bo nie zdążą dojrzeć. Wścibskie łapska zerwą je zanim smak zamieni się w cukier. Albo może znów za dużo padało? Sierpień, Rożnów, Polska, lata 90-te. Choć ten czas wydaje się tak odległy, co roku letnią porą tęsknię za wakacjami w tamtym miejscu, za beztroską dzieciństwa, domem pani Wandy, dziadkami i krowim gównem na łące.
Rożnów, rodzinna wieś babci, Beskid Sądecki. Spędzałyśmy tam z siostrą całe lato. Dom, który był a jednocześnie nie był naszym domem, bo należał do przyjaciółki babci. Ogromny teren, orzech włoski, czerwona porzeczka, jabłoń, maliny za płotem. Śliwy. I świerki. Zapach stęchlizny w piwnicy, stary, nigdy nieużywany piec, leżaki, graty, graciki. Świat słoi i słoików, konserw i przetworów, gruszki w zalewie, ogórki, śliwki, papryki. Konserwy tak zakonserwowane, że nie da się ich już otworzyć. Pamiętające koniec lat 80-tych. Patrzące na ciebie warzywa i owoce, tak jakby wiedziały, iż nigdy ich nie zjesz, napawające się swoją nieśmiertelnością.
Kolejna część piwnicy, a w niej wszelakie narzędzia, smary, pokrętła, śrubki, śrubokręty, kolejne słoiki, tym razem puste, ewentualnie z resztkami zasuszonego pająka. Pająki, tysiące pająków, krzyżaki, ogrodniki, kosarze. To był ich raj, miały tam błogi spokój, mogły spokojnie tkać swoje sieci, w oknach, drzwiach, schowkach, w pokoju tysiąca narzędzi.
Kuchnia na parterze, a w drzwiach puszka groszku służąca za podpórkę. Ktoś ją tam kiedyś postawił i tak została, rok, dwa, trzy, potem przestaliśmy liczyć. Była jak mebel, członek rodziny, część domu. Nikt jej nie wyrzucał, została tylko przesuwana. Groch dawno już usechł na wiór, albo zgnił, a puszka przetrwała, lata.
Na piętrze okno, nieszczelne, gdyby mocniej popchnąć, to by wyleciało. W nim stare, robocze spodnie. Prowizoryczne uszczelnienie, gacie. Kolejna nieśmiertelna rzecz w tym magicznym domu. Gacie, z plamami po farbie, szare, albo bure, a może i te dwie rzeczy naraz. Wisiały tam wiekami, kolejny członek rodziny, pamiętam jak w końcu zostały zdjęte, a dom porządnie uszczelniony, to już nie było to.
Ostatnie piętro, gdzie spałyśmy z siostrą, pokój na strychu, gorąco jak w piekle, jak otworzyłaś okno, to wlatywały komary. Jak zamknąłeś, można się było żywcem udusić... Salon, kuchnia, w której babcia stała w majtkach i biustonoszu gotując zupy nawet jak za oknem było 30 stopni. Obiad zawsze musiał być, zupa, pierogi, mizeria. Łazienka, w zasadzie nigdy sprawnie nie funkcjonująca, więc trzeba było myć się w misce. Tysiące misek, do mycia, do zmywania, do prania. Zlew w kolorze zgniłej zieleni i zawsze zimna woda.
Dziadek pijący piwo i rozwiązujący krzyżówki, siedzący w brązowych gaciach, których nie chciał nigdy wyrzucić. To właśnie z nim pierwszy raz piłyśmy z siostrą piwo, bo dziadek pozwalał oblizywać nam piankę. Z nim chodziłyśmy też do tzw. klubu, kiosku, w którym kupowało się gazety, pocztówki i piwo. Wciąż pamiętam panią z kiosku, korpulentą brunetkę, zawsze uśmiechniętą. Czasem dziadek kupował nam lody, ale i tak wolałyśmy piankę z piwa.
Kiedy byłyśmy naprawdę małe dziadek jeszcze pracował, co oznaczało, że był z nami tylko w weekendy. W każdy sobotni poranek siadałyśmy na ganku i od rana wypatrywałyśmy dziadka. Szukałyśmy wzrokiem białego fiata. Każdy przejeżdżający samochód wydawał nam się dziadkiem. Kiedy wreszcie przyjeżdżał, radościom nie było końca. Dziadek, dziadek! Przywoził nam słodycze, owoce i banany, za które dostawał od babci opierdol, gdyż były zbyt dojrzałe, z czarnymi prążkami.
Z babcią uwielbiałam chodzić po wsi na plotki, choć miałam zaledwie 10 lat, wszystkie informacje wsiąkały we mnie jak gąbka. Historie śmierdzącej pani Agnieszki, kobiety, która tak cuchnęła, że czasem zastanawiam się jak mogła znaleźć męża. Opowieści pani Zosi, koleżanki babci, która się rozwiodła i opowiadała wszystko w najmniejszych szczegółach. O tym jak dzieliła linijką mieszkanie, jak kuchnię miała w salonie, a łazienkę w kuchni. Te magiczne wieczory kiedy chodziłyśmy z babcią po mleko, słuchając z kolei jej wspomnień z młodości. Nigdy nie zapomnę tych rozmów, bo to właśnie one pomogły mi zrozumieć, co jest w życiu najważniejsze. Rady babci mam w pamięci do dziś, przede wszystkim te na temat mężczyzn. "Pamiętaj Aniu, unikaj głupków i dziadów."
W każdą sobotę u brata babci, wujka Józka, odbywała się mała impreza. Kolacja, wódka, śpiewy i znów te cudowne opowieści. Czasem byłam już tak śpiąca, że nawet włożenie do oczu zapałki by nie pomogło, ale nadal słuchałam. Uwielbiałam słuchać, choćby najgłupszych rzeczy na świecie. Ballady, historie, opowieści, opowiastki...
Nieraz robiliśmy wspólne ognisko, pieczone ziemniaki, kiełbaski, śpiewanie. Dziadek po drodze gadał głupoty, zatrzymywał się w krzakach na siku, myśmy umierały ze zmęczenia, ale byłyśmy szczęśliwe. Po drodze mijałyśmy stawy i słychać było żabi koncert. Kumkanie, pieśni godowe, rechoty. Gdy otworzyło się okno, oprócz tego, że wlatywały komary słychać było owe żaby i świerszcze. Najpiękniejsze melodie lata.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

