czwartek, 29 maja 2014

Umierasz i rodzisz się na nowo.

W Wielkanoc byłam nad morzem, poszłam na targ, pooglądać szmaty, szpeje i inne dziwne rzeczy. Spacerując deptakiem natrafiłam na stoisko z książkami. Przystaję i patrzę: książka o Irenie Sendler i jej autor we własnej osobie. Skąd mieszkańcowi Walencji przyszło do głowy pisać o czymś takim? Klimat plaży, palm ewidentnie temu nie sprzyja… a jednak.

Książka o której piszę, to „ El Círculo de las Bondades”( Krąg dobra) José Ferrandis Peiró, pisarz wpadł na pomysł napisania jej, ponieważ dostał od kogoś PDF z historią Ireny Sendler. I tak powstała ta niesamowita powieść historyczna, bo tak chyba bym ją sklasyfikowała. Akcja zaczyna się 31 sierpnia 1939, a kończy 29 sierpnia 1942 r. Jak powiedział autor, pracuje nad drugą częścią.

Treść skupiona jest wokół działalności Ireny, a także opisuje krok po kroku tworzenie się getta w Warszawie, od momentu naszkicowania planu do wywozu Żydów do Treblinki.   Jeśli ktoś nie zna historii Ireny Sendler, to koniecznie powinien doczytać, dziwi mnie, że tak mało się o tej postaci mówi na lekcjach historii. Irena Sendler uratowała ponad 2500 dzieci.  Słyszałam o tym, ale jakoś nigdy nie zainteresowałam się tak dogłębnie tą historią. Książka uświadomiła mi dopiero, co to znaczy.

Krąg dobra odwołuje się m.in. do kręgu ludzi, którzy byli zaangażowani w ratowanie dzieci. Osoby z getta oraz osoby spoza getta: kierowca tramwaju, ambulansu, pracownicy społeczni, zakonnice. Całe grono ludzi. Nie zdawałam sobie też sprawy, iż przekonanie rabinów gminy żydowskiej do tego projektu było takim problemem. Żydzi nie chcieli się zgodzić na wychowanie dzieci w duchu chrześcijańskim. Każdy dzień negocjacji z rabinami, mógł kosztować dziecko życie… W końcu same sceny pożegnań. Rodzice dobrowolnie oddawali swoje dzieci obcej osobie mając świadomość, że już może nigdy się z nimi nie zobaczą. Dopiero teraz sobie to wszystko wyobraziłam. Irena musiała mieć bardzo mocny charakter, żeby to znieść. Codzienne sceny rozpaczy, łez, omdlewania matek. Małe-  ogromne tragedie. Zostajesz pozbawiony domu, potem rodziców, a na końcu korzeni, świadomości kim jesteś, skąd pochodzisz. Umierasz i rodzisz się na nowo.

Opis samego wyprowadzania dzieci z getta był tak stresujący, iż od samego czytania książki bolała mnie głowa i brzuch. W każdej chwili Irena mogła być rozstrzelana, razem z dziećmi…

W książce mowa też o Januszu Korczaku, który był jednym z najlepszych przyjaciół Sendlerowej. Fragment, w którym wyprowadza dzieci z sierocińca w getcie, by iść z nimi prosto do pociągu, który zawiezie wszystkich do Treblinki, był po prostu nie do zniesienia dla mnie. W życiu nie czytałam czegoś tak przeraźliwie smutnego. Nie byłam w stanie przebrnąć przez te dwie strony książki, bo płakałam tak, że nie widziałam już co czytam. Nie zdarzyło mi się to przy żadnej lekturze.

Jestem niezmiernie wdzięczna za to, co napisał José Ferrandis Peiró. Wbrew pozorom w „El Círculo de las Bondades” nie ma głaskania Polaków po głowie. Pisze o ludziach z kręgu Ireny, ale też pisze o ludziach, którzy cieszyli się jak zamykali Żydów w getcie. O dowcipach jakie w tym czasie krążyły, o ogromnym antysemityzmie, o zwykłej głupocie i nienawiści. To, że autor jest Hiszpanem, niewątpliwie jest zaletą książki, nie ma problemu z  obiektywnym przedstawianiem wydarzeń.  


Nie mogę się pozbierać po tym, co przeczytałam, mimo iż pisze się tu o bohaterskich czynach, ratowaniu dzieci, olbrzymim braterstwie i pomocy, człowiek nie przestaje sobie zadawać pytań: Jak to możliwe? Jak w ogóle to możliwe? Nie opuszczają cię też natrętne myśli: Jak matka może zdecydować się na „porzucenie” dziecka? I tysiące innych. Mam nadzieję, że książka ukaże się po polsku, bo jest bardzo wartościowa i jedna z ważniejszych jakie przeczytałam w życiu.

poniedziałek, 26 maja 2014

wydatki weselne

Od kilku tygodni moim małym zmartwieniem jest fakt, że jestem zaproszona na 5 wesel. Jest to problem, bo jak zapraszają cię bliskie osoby, to żal odmówić, ale jak się nie ma pieniędzy, to nie ma innego wyjścia. Zwłaszcza hiszpańskie wesela są drogie. Trzeba dać w prezencie minimum 300 euro od pary. I to 300 euro, to już naprawdę mało. Gorzej jak jesteś zaproszony do kogoś z rodziny, no my w tym roku mamy tę „przyjemność”, bo za mąż wychodzi siostra Enrique. Zrobiłam już wywiad z ludźmi, ile trzeba dać, prezent dla siostry to minimum 1000 euro. A co zrobić jak koś nie ma tych pieniędzy? Tego nikt mi nie powiedział…

Co ciekawe, rozmawiałam z moją rumuńską przyjaciółką na ten temat. W Rumunii to dopiero cyrk. Na prezent ślubny daje się min. 500 euro od pary jak się idzie do znajomych. Jak ktoś chce, niech spojrzy, jakie są zarobki w Rumunii… Ludzie biorą ślub, żeby zarobić.

Dziś dostaliśmy kolejne zaproszenie, gdzie podany jest już numer konta, na który można wpłacać. Ponoć tutaj to normalne, a dla mnie to już przesada. W gruncie rzeczy ludzie zamiast cieszyć się i szykować na wesele, trzymają się za kieszeń i płaczą. Pół biedy jak osoba, która cię zaprasza jest ci obojętna, ale jak jest bliska, to jak z tego wybrnąć? Do tego dochodzą tradycje wieczorów kawalerskich i panieńskich, które są równie drogie jak wesela. Kolacja, teatr, drinki, SPA, za to wszystko muszą płacić goście, bo panna młoda/pan młody jest zaproszony. Jeden z naszych znajomych ma firmę zajmującą się organizacją imprez m.in. wieczorów panieńskich kawalerskich, robi na tym niezłą kasę.


Najlepszy pomysł miała jedna moja koleżanka mówiąc, że idzie na wesele do X zatem nie może przyjść do Y, a Y powiedziała, że idzie do X. I za te pieniądze pojechała na wakacje. Z kim bym nie rozmawiała, to narzeka jak musi iść na wesele. Od tej kalkulacji rozbolała mnie głowa.  21 czerwca jest pierwsze wesele, a my nadal nie wiemy, co powiedzieć. Jeśli nie pójdę, to będę musiała wymyślić naprawdę sensowną wymówkę, z drugiej strony, to moja jedyna przyjaciółka i żal mi nie iść. I tak kolejny tydzień myślę.  Jak ktoś ma jakiś pomysł, jak wybrnąć z sytuacji, niech da znać…

czwartek, 22 maja 2014

rozmowy o pracę w Madrycie

Tak się składa, że w swoim życiu miałam dużo więcej rozmów o pracę niż samej pracy.  W różnych miejscach i w różnych językach. Jednak głupota  i ignorancja ludzi pracujących w hiszpańskim HR przebiła wszystko. Wynika to z tego, że nieraz na jedno stanowisko nadsyłanych jest 2000 CV? Czy z niskiej kultury osobistej? Czy bezmyślności? O co pytają na rozmowach kwalifikacyjnych w Madrycie? Poza standardowymi pytaniami o wykształcenie i doświadczenie, zawsze pytają czy mam samochód, tak jakby wszyscy musieli mieć samochód. Jako obcokrajowca pytają mnie o powód mieszkania w Hiszpanii i o pieniądze, choć nie zawsze. I gdzie mieszkam. Niestety to pytanie zawsze jest na moją niekorzyść, bo mieszkam daleko od Madrytu i od wszelakich miejsc potencjalnej pracy.  Co także zauważyłam większość osób ma podejście do ludzi jak do ograniczonych umysłowo, nie wiem z czego, to wynika. O czym świadczą pytania w stylu: a skąd znam j. angielski, a czy na pewno go znam. Panie mój miły, a spróbuj mnie przepytać po angielsku, to się przekonasz, że go znam. Ale miły Pan czy Pani sam najczęściej niewiele jest w stanie wydukać. (Niektórzy znają angielski, nie powiem, że nie, ale głównie pracownicy firm, nie pracownicy HR  )

Dlaczego zatem te rozmowy mnie wkurzają? Po pierwsze są rzeczy, o które nie powinno się pytać, a pytanie pada. Rozmowa tzw. grupowa, chłop się pyta: A co sądzicie o nacjonalizmie w Hiszpanii? Szczęka mi opadła, bo to naprawdę jest moja sprawa, a temat drażliwy. Oczywiście wiedziałam, że cokolwiek powiem, będzie źle i w rzeczy samej tak było. Osłabia mnie też pytanie : A co Pani myśli o tej pracy? A ja nic nie myślę, bo nic nie wiem, stanowisko tajne, nie wiem,  co to za firma, ani gdzie się znajduje, jedyne, co wiem, to że zarobki  zbliżają się do najniższej krajowej, a Pani mnie jeszcze pyta o samochód. Na benzynę wydawałabym 1/3 pensji… a za resztę bym jadała, spać mogłabym pod mostem. Potem kolejna rozmowa, dostaję maila od osoby, która podpisała się tylko imieniem, nie nazwiskiem, okazuje się, że Pani jest Polką. Nie przyznała się do tego, dopiero jej szef mi to powiedział. Czy Pani ta myślała, iż skoro jestem Polką tak samo jak ona, to błagać ją będę o przyjęcie do pracy? Jej szef też mnie osłabił mówiąc, że mogłabym płynniej mówić po hiszpańsku. Zaczęłam się śmiać, bo znam swoje słabe strony, ale po hiszpańsku mówię i piszę płynnie, ba, czasem  nawet łatwiej jest mi coś powiedzieć po hiszpańsku niż po polsku, bo mieszkam to już 3 lata i posługuje się tylko hiszpańskim na co dzień.   

Kolejna rozmowa, wchodzę, czekam na świętą krowę z HR pół godziny, bo jest zajęta. Już nic nie komentuję, ale w duchu szlag mnie trafia. Rozmowa z dwoma Paniami, już nawet nie pamiętam o co mnie pytały, w każdym razie firma wydawała się na tyle poważna, żeby wymagać od Pań maila czy telefonu po rozmowie. I tu miłe zaskoczenie, brawo dla Polaków, zadzwonił do mnie Polak, z którym miałam rozmowę przez Skype, z tej samej firmy, wyjaśniając dlaczego mnie nie przyjęli.  Gdyby ten Pan prowadził rekrutację na miejscu, na pewno by mnie przyjął, ale niestety.

Kolejna uprzejma osoba, dzwoni do mnie kobieta, rozmawiamy po angielsku,  wydaje się poważna i normalna, mówi, że prześle mi maila z warunkami pracy, czekam, nic nie wysłała. Kontaktuje się z nią, żeby się przypomnieć. Odpisuje mi Pan pytając o uczelnię i o osobę kontaktową, ja zdziwiona o co w ogóle chodzi oznajmiam, że uczelnię skończyłam w 2009 roku i nigdy nie studiowałam ani na Erasmusie, ani w Hiszpanii. Po 5 minutach dostaję odpowiedź z kolei od kobiety, że już sobie kogoś wybrali na to stanowisko. Grzecznie się pytam kogo, w sensie jaki profil osoby, żeby mieć to na uwadze  w przyszłości. Na co Pani mi odpisuje, iż nie musi mnie informować, nie musi mi nic pisać i to poufne. I tu się Pani myli, bo wszelkie procesy rekrutacyjne są jawne. Grzecznie, ale złośliwie odpisuję: Dziękuję za informację, są Państwo wyjątkowo uprzejmi.

Sytuacja z tego tygodnia, ostatnia, o której napiszę. Wysyłam CV na stanowisko tłumacza j. polskiego, dostaję odpowiedź na maila- ankieta do wypełnienia. Pytania o doświadczenie, miejsce zamieszkania etc. Ponieważ nie dostaję żadnej odpowiedzi, kontaktuję się z tą osobą z pytaniem jak idzie proces rekrutacyjny. Na co Pani pisze: Na razie mamy rozmowy z Włochami. Skontaktuję się  Tobą jak będę chciała. Napisała to w dość mało uprzejmy sposób, czego po polsku nie da się odtworzyć.


Otóż drodzy pracownicy HR, jesteście tylko pracownikami HR, można wymienić was na tysiąc innych pracowników HR, bo tak naprawdę jest to praca, która nie wymaga wielu kwalifikacji, ale wymaga jednej rzeczy – kultury osobistej, ale tego się nie da nauczyć na żadnej uczelni. Tego uczy życie.

środa, 30 kwietnia 2014

niełatwe macierzyństwo

Większość rządzących namawia kobiety do rodzenia dzieci, przynajmniej tak było w Polsce. W Hiszpanii już nic nie mówią, bo doskonale wiedzą, że przy tak wysokim bezrobociu hasło to będzie wyśmiane, mimo to dużo ludzi decyduje się na potomstwo.

Czy jest łatwo? Nie jest łatwo, nigdzie… ale w Hiszpanii naprawdę jest trudno, pomijając już, że ludzie nie mają pracy, pomijając, że dziecko, to ogromny wydatek, prowadzona jest polityka antyrodzinna moim zdaniem. Po pierwsze urlop macierzyński trwa tylko 20 tygodni. Potem albo masz szczęście i zostawiasz dziecko z dziadkami, idziesz do pracy, albo masz dużo pieniędzy- zatrudniasz opiekunkę, albo zwalniasz się z pracy i zajmujesz dzieckiem. Żal zostawić 3-miesięczne dziecko i iść do pracy na cały dzień,  a pracuje się po 10 godzin, bo godziny pracy w Hiszpanii są specyficzne, od 8.00 do 18.00, od 9.00 do 19.00, wliczając tę kretyńską przerwana obiad, która pół biedy jak trwa godzinę, ale jak trwa dwie albo trzy, a ty pracujesz, jak to często bywa, 40 km od miejsca zamieszkania, to  nie ma cię w domu cały dzień. Która matka ze spokojem może iść na cały dzień do pracy, wiedząc, że zostawia swoje maleńkie dziecko na 12 godzin pod czyjąś opieką.  Wcale niegłupim rozwiązaniem jest się zwolnić i brać zasiłek dla bezrobotnych przez kilka miesięcy, tylko co potem, gdzie do pracy pójść, jak dziecko się odchowa? Hiszpanki decydują się na pierwsze dziecko w wieku 31 lat, tak wynika ze statystyk. Biorąc pod uwagę niesprzyjające okoliczności, wcale mnie to nie dziwi.

Jeśli ktoś narzeka w Polsce na tzw. becikowe, które faktycznie jest małe, to pocieszę go, że w Hiszpanii nie dostaje się ani jednego centa jak urodzi się dziecko. Wyprawkę robią babcie, przyjaciele i koledzy z pracy. Zawsze podkreślam solidarność Hiszpanów, z której naprawdę mogą być dumni.

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie świeżo urodzone potomstwo moich dwóch przyjaciółek hiszpańskiej i polskiej. Wniosek jest przykry: nie tylko nie ułatwia się kobietom decyzję o posiadaniu dzieci, ale jeszcze bardzo utrudnia. Chcecie mieć dzieci? Proszę bardzo, ale radźcie sobie sami.


Wielokrotnie oglądałam programy, w których rodzina prosi o pomoc dla swoich dzieci, o jedzenie, o ubranie. Dzieci w Hiszpanii naprawdę są głodne i nie są to wyjątkowe sytuacje, ale coraz częstsze zjawisko. Statystki mówią, że prawie 3 MILIONY dzieci jest niedożywionych!!! Tak przerażające liczby, to wynik bezrobocia. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma jedzenia.  Wizja utraty pracy, głodu w rodzinie jest teraz najlepszym środkiem antykoncepcyjnym. Chcecie mieć dzieci? To radźcie sobie sami. 

wtorek, 15 kwietnia 2014

Wielkanoc w Hiszpanii

Tradycje związane ze Świętami Wielkanocnymi w Hiszpanii nie mają zbyt wiele wspólnego z polskimi zwyczajami. Najbardziej typowe jest spakować walizki i wyjechać na małe wakacje, zwłaszcza, że to aż 4 dni wolnego, od czwartku do niedzieli. A w niektórych regionach od piątku do poniedziałku.(Madryt świętuje od czwartku do niedzieli. ) Obce są : święcenie pokarmów, malowanie jajek, czy też polewanie się wodą.

Liturgia Wielkiego Tygodnia zaczyna się od Niedzieli Palmowej ( Domingo de los Ramos)pod tym względem akurat jest podobnie. Co charakteryzuje Hiszpanię, to procesje. Procesje są bardzo uroczyste i warte zobaczenia. Z kościołów wyprowadza się przystrojone figury i defiluje się z nimi ulicami miasta. Figury pochodzą często z  XV, XVI w. dlatego maszeruje się z nimi ostrożnie i gdy pada deszcz, co bardzo często się zdarza w Wielkanoc, w ogóle nie wychodzą na ulicę, ku wielkiemu smutkowi oczekujących. Noszenie figury, to zaszczyt, ludzie sami się do tego zgłaszają. Odbywa się to wszystko przy akompaniamencie charakterystycznych pieśni i zapachu kadzideł. Ulicami chadzają zakapturzeni mężczyźni, wyglądają trochę jak średniowieczni kaci, są to tzw. cofardes ( członkowie bractwa religijnego). Najbardziej znane bractwo, to cofardes penitenciales de Sevilla, które właśnie wychodzi na ulice w Wielki Tydzień. 
cofardes 

Najsławniejsze procesje odbywają się w Sewilli, ale tak naprawdę mają one miejsce wszędzie. Procesja wielkanocna jest swojego rodzaju drogą krzyżową, jednakże moim zdaniem jest to dużo bardziej widowiskowe, uroczyste, podniosłe. Do tego stopnia, że nawet mnie, osobę rzadko zaglądającą do kościoła, przechodzą dreszcze jak mam okazję w tym uczestniczyć. W niektórych miejscowościach odbywają się „biegające procesje” z figurami się nie chodzi, ale… biega. Wygląda to dość komicznie, niczym jakieś zawody, mnie ten widok raczej bawi niż zachęca do jakiejś refleksji czy wewnętrznego skupienia.
procesja

Jeśli chodzi o jedzenie wielkanocne, właściwie znane są mi tylko dwa dania, potaje de Semana Santa lub inaczej potaje de vigilia, jest to postna zupa, jedzona w Wielki Piątek. Zupa składa się z ciecierzycy, szpinaku i dorsza. Właśnie dziś ją zrobiłam,  jest trochę pracochłonna, bo najpierw trzeba namoczyć cieciorkę, potem ją ugotować  na wywarze rybnym, następnie podsmażyć cebulę, czosnek, pomidora i szpinak, dodać do zupy. Osobno zrobiłam kulki rybne z dorsza, choć można po prostu dodać kawałki dorsza do zupy. Bardzo ciekawa kulinarna propozycja, zdrowa, smaczna, tania, a co ciekawe nigdy się z tą zupą nie spotkałam w innym okresie niż wielkanocnym.
Drugim daniem typowym dla tego okresu są tzw. torrijas, bułki moczone w mleku, z miodem, cynamonem, a następnie podsmażane. Osobiście nie uważam tego za coś nadzwyczajnego, zdecydowanie wolę polskie wypieki wielkanocne… ale spróbować warto.
torrijas


Przyznam szczerze, że uwielbiam klimat Wielkanocy w Hiszpanii, te wszystkie procesje, zapach kadzidła, wąskie uliczki Toledo, do którego jeździłam, żeby poczuć to coś, czego w Polsce w Wielkanoc chyba nigdy nie doświadczyłam.


Życzę wesołych , spokojnych Świąt, róbcie to, na co macie ochotę, szkoda czasu na obowiązkowe sprzątanie i pieczenie, chyba, że ktoś naprawdę to lubi, a jeśli nie, może lepiej wyjść na spacer z rodziną. 

wtorek, 11 marca 2014

11 marca Madryt

Wsiadam do pociągu, biegnę, żeby zdążyć na stację, udało się, uff. Dzień jak co dzień, w powietrzu czuć wiosnę, kwitną już wiśnie i migdałowce. Jadę do pracy, przysypiam przytulona do szyby. Myślę o rzeczach, które mam do zrobienia. Zadzwonić do lekarza, umówić się na cytologię. Napisać do Debo, bo dawno do niej nie pisałam, kupić szpinak i jogurt. No właśnie, co będziemy jeść dzisiaj na kolację?  Chociaż jest 7 rano już to analizuję, rybę czy kurczaka? O nie, zapomniałam rozmrozić chleb.  Jak wrócę muszę też zrobić pranie i wstąpić po żarówkę. Dlaczego zawsze ja muszę wymieniać te pieprzone żarówki? Lepiej pomyślę o czymś milszym, np. o weekendzie majowym, który się powoli zbliża. Pojedziemy na północ czy może do Andaluzji? Wolę na północ, to już taka majowa tradycja. Boże, jaka jestem śpiąca. Nienawidzę rano wstawać, robi mi się niedobrze. Mdli mnie o tej godzinie. Wlecze się ten pociąg, za chwilę będziemy na Atochy. Jest 7.37.

11 marca 2004 w tzw. cercanias czyli kolejce podmiejskiej w Madrycie, na skutek zamachów terrorystycznych życie straciły 192 osoby, 1858 zostało rannych.

Nie wiedziałam wtedy, że będę w Hiszpanii i że będę jeździć tymi pociągami, przynajmniej od czasu do czasu. Tak jak jeździ codziennie tysiące osób, do szkoły, do pracy, przypadkiem, celowo.  Tym pociągiem mógł jechać każdy. Bomby wybuchły między godziną 7.37 a 7.39 w momencie kiedy w kolejce znajduje się najwięcej ludzi, bo każdy się gdzieś śpieszy o tej godzinie.


Wyobrażam sobie, że wsiadam do tego pociągu i już z niego nie wychodzę, niczego się nie spodziewając i nie myśląc o niczym specjalnym. Dzień jak co dzień. W powietrzu czuć wiosnę, kwitną już wiśnie i migdałowce. 

wtorek, 25 lutego 2014

Paella- krok po kroku

Kiedyś pisałam już o paelli, skąd pochodzi, jakie są z nią związane tradycje, wszystkich zainteresowanych odsyłam do mojego starego blog ( wpis z 11 czerwca 2012 roku).

Dziś podaję przepis, wersji tego dania można znaleźć w Internecie setki, jednak najbardziej tradycyjna paella to paella mixta ( mieszanka ryżu z mięsem i owocami morza).  Na tę paellę podam przepis, można go oczywiście zmodyfikować, zrobić paellę z samym mięsem lub samymi owocami morza.

Najważniejszym składnikiem tego dania jest ryż, najlepszy ryż, to tzw. ryż Bomba, ma okrągłe, grube ziarenka, myślę, że jak się dobrze poszuka, to znajdzie się w jakimś polskim markecie z importowanymi produktami.

Pozostałe składniki, to:  czosnek, szafran, papryka ( może być w proszku, zarówno pikantna jak i łagodna), papryka świeża czerwona pokrojona w paski, fasola płaska i podłużna, tzw. płasko strąkowa, może być też bób, mięso z kurczaka i królika ( z kością, najlepiej udka), jeśli ciężko o królika, może być sam kurczak, a także garść świeżych kalmarów, kilka małży, krewetki oraz tzw. caldo de pescado czyli wywar rybny.
Skąd w Polsce wziąć małże, kalmary? Wiem, że świeże owoce morza nieraz sprzedaje Makro, a mrożone można znaleźć w Biedronce.

Jak zrobić wywar rybny?
Najlepiej jak znajdziecie kawałek świeżej ryby morskiej, trzeba go wrzucić do wody i po prostu ugotować, tego wywaru potrzeba sporo do paelli, najlepiej ze 2 litry. Doskonale do tego nadają się głowy ryby, ości, nie trzeba kupować całej ryby. Wywar solimy.

Jeśli ktoś chce zrobić wersję bez ryb i owoców morza (nie polecam, to już nie to!),  może użyć wywaru mięsnego, rozpuścić w wodzie zwykłą kostkę z kurczaka czy z wołowiny.

Będzie potrzebna duża patelnia! Zaczynamy od podsmażenia mięsa oraz papryki, podgotowujemy fasolkę i bób, a następnie podsmażamy. To samo robimy z krewetkami oraz kalmarami- podsmażamy. Odkładamy na inny talerz. Następnie na tą samą oliwę wrzucamy czosnek, ze 4 duże ząbki, nie kroimy i nie obieramy go ze skórki , wrzucamy w całości, dodajemy paprykę w proszku pikantną i łagodną, podsmażamy, a na końcu szafran lub tańszą wersję, przyprawę do paelli, taką, która da ryżowi żółty kolor. W Hiszpanii używa się też specjalnej papryki zwanej ñora, dodaje się ją w całości, ale nie wiem czy w Polsce da się taką kupić, wątpię…

I teraz najważniejsze, wrzucamy ryż, na 3-4 osoby, dwie, duże szklanki ryżu. Ryżu wcześniej nie gotujemy, wkładamy na patelnię na której jest szafran, papryka i czosnek i zalewamy to wywarem rybnym, tak , żeby  zakryło ryż.  Stopniowo dolewamy wywar aż ryż się ugotuje,  potrwa to ok. 15-20 minut. Jeśli skończy się wywar, dolewamy wody. Kiedy ryż kończy się gotować, dodajemy paprykę, mięso, fasolę, bób, kalmary, krewetki i małże, które „ugotują się” na parze, wcześniej ich nie smażymy , ani nie gotujemy. Układamy wszystko tak, aby ładnie i kolorowo wyglądało. Na końcu zdejmujemy z ognia, przykrywamy czystą ściereczką, ok.5 min. Paella ma być sucha, nie mokra, cała woda musi odparować, jeśli jest mokra, to już raczej jest arroz caldoso (rodzaj„risotto”) niż paella.



Zdejmujemy ściereczkę jak zacznie pachnieć jakby czymś przypalonym, ale nie przypalamy! Ryż na dnie, powinien przykleić się do patelni i tworzy coś, co walencjanie nazywają socarrat. Na końcu skrapiamy wszystko sokiem z cytryny i jemy. Czas przygotowania dania to około 45 min. wydaje się skomplikowane, ale jest bardzo proste, choć przyznam szczerze, że najlepiej podpatrzeć jak ktoś robi, jest później zdecydowanie łatwiej.


Bardzo dobrą paellę jadłam z zielonym groszkiem i borowikami, ryż robi się tak samo, tylko stosuje się wywar z grzybów. Można dowolnie łączyć składniki. Sekretem udanej paelli jest ryż oraz odpowiedni wywar i przyprawy. 
SMACZNEGO!